ŁUKASZ PLESNAR DLA KINOSKOP.PL

Twarze westernu Łukasza Plesnara trafiły już na półki księgarń. Kinoskop.pl rozmawia z autorem o fascynacji westernem, jego bohaterach i najciekawszych reżyserach. Zapraszamy do lektury!

Kinoskop.pl: Pamięta Pan pierwszy western, jaki Pan zobaczył?

Łukasz Plesnar*: Pamiętam, to był „Jeździec znikąd" (1953) George'a Stevensa. Ojciec, również miłośnik westernów, zabrał mnie w dzieciństwie do kina. Wtedy właśnie po raz pierwszy zetknąłem się z tym gatunkiem. Nie pamiętam dokładnie roku, ponieważ wtedy filmy docierały do Polski z dużym opóźnieniem, ale na pewno były to lata 50. Wcześniej zapewne bywałem w kinie, ale zapamiętałem akurat „Jeźdźca znikąd". Pamiętam atmosferę i to, że siedzieliśmy w pierwszym rzędzie na balkonie. Film zrobił na mnie piorunujące wrażenie i od tej pory stałem się wielbicielem kina, a w szczególności westernu.

W polskiej literaturze filmoznawczej western nie jest szczegółowo opisany. Czy napisał Pan „Twarze westernu" aby wypełnić tę lukę, czy może z innych powodów?

Powodów było kilka. To prawda, że western nie jest najlepiej opracowanym gatunkiem filmowym w polskim piśmiennictwie. Dawno temu pojawiła się książka Bolesława Michałka poświęcona westernowi. Później w naszym Instytucie ukazywały się pozycje dotyczące różnych gatunków, a o westernie pisał profesor Jacek Ostaszewski, wraz z którym napisałem leksykon „100 westernów". Ale trudno mówić tu o jakimś znaczącym opracowaniu tego gatunku.
Westernem interesuję się od dawna, widziałem zdecydowaną większość pozycji, jakie nakręcono. Co więcej, moje hobby to literatura amerykańska i historia Stanów Zjednoczonych. Poczułem się więc na tyle kompetentny w tej materii, by napisać większą książkę o westernie. Mimo że nie jest to obecnie najbardziej popularny filmowy gatunek. Ale wbrew czarnym proroctwom okazało się, że western nie zginął, że ciągle realizuje się ciekawe filmy w obrębie gatunku. Nawet kinowe, jak choćby „Zabójstwo Jesse'ego Jamesa przez tchórzliwego Roberta Forda" (2007) Andrew Dominika czy seriale telewizyjne, jak „Deadwood" stacji HBO. Ciągle zatem jest to formuła, która wielu ludzi interesuje. Chciałem także pokazać, że western dla Amerykanów jest czymś zupełnie innym niż dla nas Europejczyków.

Czym zatem jest dla nas?

Takim samym gatunkiem jak każdy inny: opierającym się na pewnych konwencjach, egzotyce. Dla Amerykanów natomiast jest odmianą filmu historycznego. Oczywiście zmitologizowaną i nieoddającą całego skomplikowania prawdy historycznej, ale jednak odwołującą się do mitu narodowego i do historii tego kraju. Dla Amerykanów western jest rodzajem historycznego dziedzictwa, które jest im doskonale znane, i do którego się odwołują. Chciałem swą książką pokazać, że westerny trzeba także czytać w tych kontekstach, czyli: historycznym, mitycznym, kulturowym.

Jednak skupia się Pan głównie na westernowych bohaterach.

Sądzę, że na western można potrzeć z różnych punktów widzenia, tak samo zresztą jak na każdy inny gatunek. Ja wybrałem bohaterów, ponieważ wydaje mi się, że jest to formuła, pozwalająca uchwycić najwięcej. Oczywiście, można zajmować się różnymi typami fabuł, można też wyjść od historii. Niemniej literatura i film wykształciły grupę postaci, które stały się mityczne i które trafiły do zbiorowej świadomości Amerykanów, ale nie tylko - w zasadzie do wszystkich kinomanów. Każdy wie, kto to jest kowboj czy szeryf. To postaci niemal tak mityczne, jak na przykład Myszka Miki. Choć z pewnością nie był to jedyny klucz, mnie wydawał się najlepszy.

Na czym właściwie polega fenomen westernu? Bo można złośliwie powiedzieć, że wszystkie westerny są takie same.

Rzeczywiście można tak powiedzieć, nawet niekoniecznie złośliwie. Myślę, że taka jest specyfika gatunku, którego fenomen polega między innymi na odwołaniu się do naszego dzieciństwa. Zapewne wszyscy mieliśmy wtedy ulubione bajki, które mama lub tata opowiadali nam codzienne, a po skończeniu mówiliśmy: jeszcze raz, jeszcze raz. W naszej naturze leży zatem coś takiego, że z jednej strony chcemy poznawać nowe rzeczy, a z drugiej - lubimy wracać do tego, co znamy.
Fenomen westernu polega na tym, że akcja toczy się w czasie, kiedy społeczeństwo amerykańskie dopiero się formowało. I nie są to czasy odległe, jak w przypadku krajów europejskich. Trudno się identyfikować z rycerzem w zbroi, ponieważ dziś ubieramy się zupełnie inaczej. Natomiast jak popatrzymy na kowboja, to widzimy, że ubrany jest w koszulę, dżinsy i kapelusz. Wygląda bardzo podobnie jak my dzisiaj. Zatem proces identyfikacji jest dużo łatwiejszy. Nie tak dawno na westerny chodzili ludzie, których rodzice pamiętali jeszcze ducha Dzikiego Zachodu. Western jest więc fenomenem, który z jednej strony odsyła nas do źródeł, a z drugiej - to było przecież niedawno.

Który okres w historii westernu najbardziej Pana fascynuje? Początki z jasnym podziałem na dobrych i złych, późniejszy etap, gdy pojawił się tzw. good bad guy, czy wreszcie czas antywesternów spod znaku Sama Peckinpaha czy Sergio Leone?

Na swój sposób oczywiście wszystkie. Skoro interesuję się westernem, to muszę przyjąć do wiadomości, że objawiał on się w różnych formach. We wczesnym okresie było parę interesujących westernów, ale - powiedzmy sobie szczerze - tylko parę. Choćby „Karawana" (1923) Jamesa Cruze'a czy „Żelazny koń" (1924) Johna Forda. W latach 30. też tak naprawdę niewiele się działo, gdyż powstawały strasznie ugrzecznione westerny, a właściwie serie westernowe.
Mnie najbardziej fascynują lata 40. i 50, począwszy od „Dyliżansu" (1939) Forda. To okres klasyczny, gdzie pojawiają się sygnały o modyfikacji gatunku, o jego uszlachetnieniu. Kształtuje się także western psychologiczny, myślę o filmach choćby Anthony'ego Manna. Okres ten trwał gdzieś do połowy lat 60. Później pojawia się antywestern, którego nie darzę szczególną sympatią. Aczkolwiek mógłbym polemizować, czy filmy Peckinpaha są antywesternami, gdyż pamiętam „Strzały o zmierzchu" (1962), mój ulubiony western tego reżysera, który jest niezwykle klasyczny. Nawet w „Dzikiej bandzie" (1969) możemy znaleźć wiele elementów charakterystycznych dla klasycznego westernu. Linia podziału między westernem a antywesternem nie wydaje się zatem tak oczywista.

I na koniec: Jakiego reżysera westernów najbardziej Pan ceni i dlaczego?

John Ford. Uwielbiam klasykę, a Ford stworzył przełomowy western, czyli „Dyliżans". Następnie nakręcił „Fort Apacze" (1948), „Nosiła żółtą wstążkę" (1949) i „Rio Grande" (1950), które składają się na tzw. trylogię kawaleryjską czy „Miasto bezprawia" (1946). No i oczywiście film, który uważam za najwybitniejszy western w historii - „Poszukiwaczy" (1956). Niewątpliwie mój numer jeden. Ostatnio jakąś część mojego serca skradł Clint Eastwood, o którym planuję napisać książkę. Niemniej John Ford to miłość, której będę wierny do końca życia.

Dziękuję za rozmowę.

Rozmawiał Krzysztof Czapiga

* dr hab. Łukasz Plesnar, zajmuje się teorią (w szczególności semiotyką) i historią filmu, a także teorią mediów audiowizualnych. Jest członkiem Polskiego Towarzystwa Semiotycznego, Towarzystwa Literackiego im. Adama Mickiewicza, a także członkiem Calgary Institute for the Humanities oraz The Reuter Foundation. Jest autorem książek i leksykonów: Studies in film semiotics (1988), Sposób istnienia i budowa dzieła filmowego (1990), Semiotyka filmu (1990), 100 filmów wojennych (2002) oraz 100 westernów (2002, z Jackiem Ostaszewskim)


Jak do tej pory 2 komentarze

  • 1. Leonard Rutkowski
    Próbowałem znaleść adres mailowy autora, ponieważ napisał "Twarze westernu" tak jakby dla mnie i chciałem mu za to gorąco podziękować.Jedyną chyba wadą tej książki jest to ,że jest zbyt krótka.Mnie starczyła na trzy dni.
    Jestem pięćdziesięciodwu letnim wielbicielem tego gatunku i to co mogłem to obejżałem niejednokrotnie.Jako kinoman z lat siedemdziesiątych miałem okazję oglądnąć i przeżywać wiele westernów i trochę ,żal ,że pan Plesnar z tych czy innych względów musiał pominąć kilka wg mnie ważnych pozycji jak chociażby "Hombre" , "Był tu Wille Boy", "Ostatnie polowanie". Trochę też mnie zdziwiło marginalne potraktowanie filmów które dla nas Polaków są wręcz ikonami -"Siedmiu wspaniałych","Dwa złote kolty","Ostatni zachód słońca","Ostatni kowboj" ,"15.10 do Yumy"...
    Zabrakło mi też tego od czego dla mnie się zaczęło, czyli Winnetou oraz "westerny NRD-owskie.
    Mam nadzieję żę trafię kiedyś na zapowiedzianą książkę o Eastwoodzie.
    PS Film "40 karabinów" widziałem w kinie pod tytułem "Strzelby Apaczów" a "Skarb Ulzany" był w tvn puszczany pod tytułem "Ucieczka Ulzany"
    Jeśli autor przypadkowo przeczyta moje wypociny to jeszcze raz dziękuję, wspaniała książka,pięknie wydana tylko za cienka
  • 2. marekduke
    Drogi Leonardzie film "Strzelby Apaczów" i "Czterdzieści karabinów" to dwie odmienne pozycje chociaż tego samego reżysera.Książkę "Twarze westernu" zaczynam dopiero pożerać jak przeczytam to się wypowiem!!!

Dodaj swój komentarz...

Przepisz liczbę z obrazka
simple_captcha.jpg



© 2005-2010 Kinoskop.plWięcej w Kinoskop.pl: Filmy | Ludzie filmu | Redakcja | Polityka prywatności | Kontakt
Repertuar kin: Warszawa, Łódź, Kraków, Wrocław, Poznań, Gdańsk, Więcej...