PIĘCIOSTRONICOWE SCENARIUSZE

Zosia Ścisłowska

Przyzwyczajenia odbiorcze bywają nieznośne. Do kina chodzimy w głównej mierze dla dynamiki zdarzeń, porywającej akcji i garści nietuzinkowych wydarzeń. Wyczuleni na potrzeby odbiorców dystrybutorzy karmią rzesze widzów świeżymi lecz nie zawsze innowacyjnymi pomysłami, na które publiczność reaguje frekwencyjnym entuzjazmem bądź zwyczajną obojętnością. Jednak od czasu do czasu pojawiają się filmy, które wprawiają w zdumienie wszystkich. Głównie ze względu na to jak bardzo odbiegają od modelu kina, do którego przyzwyczaiły nas lata spędzone w bezpiecznych ciemnościach sal projekcyjnych .

Jednym z tych kłopotliwych filmów, o których za bardzo nie wiemy jak i co mówić jest najnowszy obraz argentyńskiego reżysera młodego pokolenia - Lisandro Alonso. Prawie całkowity brak akcji filmu „Liverpool" na długo pozostawia nas w zdumieniu. Milczący bohater nie ułatwia sprawy skrzętnie ukrywając prawdę o sobie, a brak muzyki i ograniczone dialogi dodatkowo potęgują bezradność odbiorcy. Jedynym sposobem na zachowanie miana prawdziwego kinomana zdaje się w tym wypadku ucieczka w niezawodny komentarz: „Dobre zdjęcia". W przypadku „Liverpoolu" warto jednak pokusić się o coś więcej i wykroczyć poza zaklęty krąg własnych, utartych zainteresowań filmowych.

Najnowszy obraz Alonso przedstawia historię trudnego powrotu do domu. Główny bohater, marynarz o imieniu Farell wraca w rodzinne strony pod pretekstem, by sprawdzić czy jego matka wciąż żyje. Za pozwoleniem przełożonego opuszcza pokład statku i po raz pierwszy od wielu tygodni schodzi na ląd. Film jest zapisem drogi Farella przez mroźne tereny nieznanej Argentyny. „Liverpool" jest czwartym pełnometrażowym filmem w dorobku Lisandro Alonso. Przyglądając się wcześniejszym dokonaniom reżysera nietrudno zauważyć jak wytrwale podąża wyznaczoną przez siebie ścieżką i w jaki sposób jego kolejne filmy są naturalną konsekwencją nietuzinkowych wyborów artystycznych. Nakręconym siedem lat temu „La Libertad" Alonso zabrał glos w sprawie kina wolnego od popularnych konwencji narracyjnych. Swoim debiutanckim filmem opowiedział się za obrazem nadrzędnym względem słowa, uchylając się od obowiązku opowiadania przede wszystkim dialogiem. W warstwie tematycznej Alonso eksploruje podobne historie. Farrel jest charakterystycznym bohaterem dla twórczości argentyńskiego reżysera. Podobnie, we wszystkich filmach Alonso jak echo powracają motywy porzuconego domu, wędrówki i ponownego „stawania się" jako próbie wkraczania w społeczeństwo. Bohaterowie usiłują na nowo odnaleźć dla siebie miejsce w świecie, z którego na własne życzenie zrezygnowali.

W przypadku Lisandro Alonso mamy do czynienia z twórczością zadziwiająco spójną, wykoncypowaną w najmniejszym detalu, wyważoną formalnie i intelektualnie. Reżyser ogranicza świat przedstawiony swoich filmów do najbardziej elementarnych składników. Sposób prowadzenia kamery odpowiada metodzie dokumentalnej. Skromny dialog, ogniskuje uwagę widza wokół tego, co najistotniejsze i pierwotne względem wszystkiego, co przez lata komercyjnego rozwoju zostało narzucone kinu. Ten powrót do dokumentalnych i niezapośredniczonych źródeł jest zwróceniem się ku rzadkiej dla filmu fabularnego próbie obiektywizmu.

Lisandro Alonso swoim najnowszym filmem hołduje przekonaniu, że ważniejsza jest droga niż cel. Mimo, że wielu widzom wędrówka z pewnością wyda się nużąca, zbyt jednostajna czy zwyczajnie nieciekawa, to Ci, którzy dotrwają do końca wyniosą z seansu dużo więcej niż tylko komentarz na temat zdjęć. Skądinąd „Liverpool" w kwestii wizualnej nie budzi żadnych zastrzeżeń.


Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu

Dodaj swój komentarz...

Przepisz dwa słowa z obrazka



© 2005-2010 Kinoskop.plWięcej w Kinoskop.pl: Filmy | Ludzie filmu | Redakcja | Polityka prywatności | Kontakt
Repertuar kin: Warszawa, Łódź, Kraków, Wrocław, Poznań, Gdańsk, Więcej...