Nowy rok w polskich kinach zainaugurowany został przez bliskie spotkania z wampirami. Bowiem na piątek (9 stycznia) przypadła data premiery długo oczekiwanej i mocno promowanej kolejnej amerykańskiej „maszynki do zarabiania pieniędzy" jaką jest (w Stanach Zjednoczonych), a ma być także w naszym kraju Zmierzch w reżyserii Catherine Hardwicke, która co ciekawe posiada dość duże doświadczenie jako... scenograf, pracując między innymi przy takich produkcjach jak „Tombstone" (1993), „Tank Girl" (1995) czy „Vanilla Sky" (2001). To, że film zorientowany jest na zyski liczone w milionach dolarów nie powinno nikogo dziwić, zważywszy na fakt, że kanwą opowieści jest literacki przebój Stephanie Meyer, której cztery tomy wampirycznej sagi rozeszły się na całym świecie w nakładzie ponad 25 milionów egzemplarzy.
Temat wampiryzmu w historii kina obecny jest już od wczesnych lat X Muzy i eksploatowany w różnych paradygmatach - horroru, komedii, pastiszu czy dramatu, nierzadko operującego wątkami seksualnymi. Wystarczy wspomnieć chociażby o filmowych adaptacjach powieści Brama Stokera „Drakula" z 1897 roku, których powstało co najmniej kilkadziesiąt, jak na przykład ta Friedricha Wilhelma Murnaua - „Nosferatu - symfonia grozy" (1922), Wernera Herzoga - „Nosferatu wampir" (1979), czy najbardziej rozpoznawalna dla przeciętnego widza - autorstwa Francisa Forda Coppoli („Drakula" - 1992). O wampirach opowiadał Roman Polański - „Nieustraszeni pogromcy wampirów" (1967), Neil Jordan - „Wywiad z wampirem" (1994), czy angielska wytwórnia Hammer, gdzie w niskobudżetowych produkcjach niezapomniane kreacje tworzył Christopher Lee.
„Zmierzch" po raz kolejny trawestuje ten, jakże popularny temat, idąc na wiele twórczych ustępstw, a tym samym przystosowując go do współczesnych wymogów hollywoodzkiego, komercyjnego kina. Brak tu charakterystycznych wątków znanych z filmów o wampirach jak chociażby wbijanie w serce osinowych kołków, gwałtowności, przemocy. Obraz Hardwicke pozbawiony jest drastyczności, co z jednej strony tłumaczyć można chęcią pokazania go jak największemu spektrum publiczności, a z drugiej zasadza się już w pierwowzorze literackim, którego autorka - Meyer jest praktykującą Mormonką. Zamiast tego dostajemy wampiryczne love story dla nastolatków, a może raczej nastolatek z domieszką efektownych powietrznych ewolucji niczym z azjatyckich produkcji spod znaku Zhanga Yimou.
Właśnie ten wizualny błysk bez wątpienia jest najmocniejszą stroną „Zmierzchu", do czego w dużej mierze przyczynia się nieco niepokojący, a momentami naprawdę zaskakujący sposób fotografowania przez Elliota Davisa, dla którego sam temat nie jest novum, gdyż w swoim artystycznym cv ma współpracę przy jednym z bardziej popularnych seriali grozy „Opowieści z krypty". Na uwagę zwraca również interesująca, a przede wszystkim dobrze korespondująca z obrazem i atmosferą ścieżka dźwiękowa, autorstwa nie byle kogo, bo stałego współpracownika braci Coen - Cartera Burwella. Wszystko to powoduje, że „Zmierzch" w swojej estetyce zbliżony jest do teledysku. Patrzy się na niego całkiem przyjemnie, ale po wyjściu z kina praktycznie nic nie zostaje. No może poza tym, że dowiadujemy się, iż wśród wampirów są także wegetarianie.



a aktorzy widać ze udawali wszystkie sceny a nie odgrywali ich prawdziwie... myślę ze następne części będą lepsze ;P
mogła bym oglądać go cały czas, bez przerwy!!!!!!!
Możemy żyć w innym świecie, a nie tym naszym szarym i nudnym :)
Film jest hmmm w miarę świetny, książka boska dla wyrośniętych fanów "Harrego Pottera" :) Pozdrawiam :D