Pobierz najnowszy plugin Flash

Recenzja filmu "Wszystko za życie"

POSZUKUJĄC PIĘKNA...

Jacek Liput

Czy można cieszyć się światem w pełni poza chwilami, kiedy się ucieka od świata? Smak życia poczuć chce człowiek, a żyć naprawdę to przecież znaczy żyć niebezpiecznie. Tak z pewnością powiedziałby Nietzsche, jednak by być zapomnianym, to znaczy zapomnieć się w swojej dzielności, nie oznacza zatracać się w tchórzliwej, podniecającej namiętności woli. Prawdziwa dzielność jest świadomą odwagą, która powstaje z tego, że wydziera się szlachetnej wiedzy, która chce znieść to, co człowiek wcześniej zaprzepaścił. Prawdziwa odwaga chce dotknąć praźródła, które stoi przed człowiekiem obce, bo nieodgadnięte, chce wrócić do swojego ducha, żarliwego serca świata, by móc ponownie się w nim zatracić. Tego typu odwaga jest spokojna, rozważna, zapala w oczach skazańca błysk dumy, który pożądaniem piękna wzniosłość chce projektować, nie zważając na przeciwności losu. Kimś takim z pewnością jest Christopher McCandless, bohater Wszystko za życie (2007), najnowszego filmu Seana Penna.

Sylwetki reżysera nie trzeba przedstawiać, szerszemu gronu widowni jest zapewne dobrze znany ze świetnych kreacji aktorskich. Grywał u największych, tworzył wideoklipy, m.in. dla Petera Gabriela, zbierał liczne nagrody i wyróżnienia. Trudno nazwać Penna rasowym twórcą filmowym, gdyż na pewno takowym nie jest, zawsze pozostanie aktorem, a stanowisko reżysera będzie raczej sekundować temu drugiemu określeniu. Jego najświeższy obraz przybiera raczej formę teledyskowej przygody familijnej, ale mimo pozorów przygody o dość silnym zabarwieniu filozoficznym. Jednak tylko zabarwieniu, bo nie jest to film, który w swojej stylistyce mógłby ugruntować się w kategorii dialogu filozoficznego, nie ma w nim odpowiedzialności filozofa, który w odpowiednim momencie waży się na zbyt wiele, by móc w swojej rozmowie z bogami wyprzedzić ich samych. Ten film nie jest bezpośredni, jest zbyt pośredni, przypomina bardziej literacki monolog, klaser ze zdjęciami, widokówkami, które widz, oglądając, przerzuca tam i z powrotem. Dobry film jest tylko wtedy dobry, kiedy nie chce nachalnie zidentyfikować się z widzem, wtedy, kiedy twórca, tworząc swój światoobraz, otwiera się sam na swoje dzieło, a ono wraz z nim otwiera się na swój świat. "Wszystko za życie" jest filmem, który nie odkrywa niczego nowego i nie obala niczego starego. Historię głównego bohatera doskonale pojmujemy, wiemy, czym się kieruje, zakochany w Thoreau, Londonie niewiele starszy ode mnie chłopak wyrusza w podróż po Stanach, by móc narodzić się na nowo, porzucić skostniałe nudne życie i zapuścić się w otchłań dziczy. Być może jest to wszystko wiarygodne, ale jednak wyzbyte egzystencjalnej dramaturgii. Nie przekonają mnie piękne zdjęcia, w tle pogrywająca co chwilę muzyczka country, wschody i zachody słońca. Film Penna to jedna wielka pocztówka rodem z Animal Planet, która na swojej powierzchni gromadzi horyzont zaczynający się od Zwrotnika Raka, a kończący na kole podbiegunowym. Doprawiona opowieścią siostry bohatera narracja z offu, która jakby gwoli pokuty chce wytłumaczyć zachowanie brata, męczy niemiłosiernie. Przywołuje skojarzenie raczej z głosem Czubównej, komentującej programy BBC, w których zwyczajnie nie ma miejsca na refleksyjne, poetyckie przemyślenia, a przecież poza Terrence'em Malickiem nie ma na świecie reżysera, który lepiej od niego posługiwałby się głosem zza kadru. Nie chcę nazwać filmu Penna słabym, bo mimo niedociągnięć można w niego uwierzyć. Emile Hirsch w roli McCandlessa wypada dobrze, nie ma w nim Herzogowskiego obłędu, bo nie pozwala na to język filmu, jest za to sympatia widza, jakim jestem sam, gdyż mogę poczuwać się jako jego rówieśnik.

Niedawno czytając gdzieniegdzie na temat "Wygnania" Zwiagincewa, natknąłem się na wypowiedź, która warunkowałaby ten film jako pseudometafizyczny. Pojawia się jednak myśl, czy sensowne wydaje się w ogóle zapytywanie, które określa dany film jako pseudometafizyczny lub zwyczajnie metafizyczny. Czy metafizyka sama w sobie nie jest pseudo. Przecież filozofia jest uniwersalną ontologią fenomenologiczną. Reżyser, żeby stworzyć swój odpowiedzialny ludzki światoobraz, musi przezwyciężyć metafizykę i naznaczyć ją własnymi doświadczeniami, w których zawrze sylwetkę człowieka zmagającego swoje Ja ze Światem. Gdyby było inaczej, film, zamiast traktować o filozofii życia człowieka, wyrażałby raczej coś takiego jak botanika rośliny. I nie chodzi tutaj o puste symbole, które są niczym, najważniejsza jest wiara, bo człowiek wrzucony w swój świat nie ma nic prócz niej. Czy rozum nie jest wiarą? Czy myśląc, nie dziękujemy Bogu za to, że po prostu myślimy, a swoją wyobraźnią chcemy mu nadać własny kształt? Przecież matematyka nie jest bardziej ścisła od historii dziejów świata, a my, roztrząsając dane problemy w konkretnym momencie dziejowym, nic nie zmieniamy, bo przecież ciągle wierzymy, oczekujemy, tak więc mówiąc, że wierzymy w postęp cywilizacji, nigdy nie wiemy, czy on się kiedyś tak naprawdę dokonał. O czym myśleli ci, którzy żyli przede mną, jeśli nie o tym samym co ja w danym momencie? Trwanie człowieka jako nadchodzenie ku czemuś nowemu, nieodkrytemu, ale już wiedzącemu, że to coś kiedyś będzie odkryte, jest niemożliwością wcześniejszego pomyślenia o tym, co jest początkiem wszelkiego początku świata. Jego świętości, jego nieskazitelności. O tym wiedział młody McCandless, oddał wszystko za życie. Zostawił kulturę, w której przebywał, bo nie tolerował kłamstwa. A najgorszą rzeczą jest kłamstwo wobec świata, w walce pomiędzy sobą a światem dopomagał światu, transcendował sam siebie, był w pełni, by tak rzec, bytem ontyczno- ontologicznym. Pokochał przyrodę, bo jest piękna, to ona przytłacza zmysły, a piękno to nic innego jak coś, co się początkowo znajduje w pewnej skrytości, by po chwili się z niej wyłonić. Miłość zmysłowa to zawsze miłość niebiańska. Taka jest natura, jest święta, bo jest nieogarnięta, jest uśpiona, ciągle czegoś oczekuje, odwodzi zmysły człowieka w skrytość swojej wyobraźni, żądając w ten sposób od świata więcej. Tak też funkcjonuje człowiek, który doświadcza pełni i widzi ten prześwit chaosu świata, wyłaniający się przecież z samego siebie ku sobie samemu. Film Seana Penna nie jest więc bardziej pseudo od filmów Tarkowskiego, Zwiagincewa czy Kieślowskiego, różni się od nich tylko swoim tonem, wyodrębniona jest w nim przyroda jako główny towarzysz człowieka, a więc jego największa bosko piękna radująca się sama sobą świętość. Nawet na upartego bohater w ostatnich scenach doświadcza pewnego rodzaju niesamowitego przeżycia, które można już bez żadnego wahania zaliczyć do typowych zabiegów kina metafizycznego. Obraz Penna nie rości sobie pretensji posługiwania się wygórowanymi cytatami kina filozoficznego, jednak nie można odmówić mu zaangażowania w swoistą ważną sprawę ratunku młodego pokolenia, które zostało wydane na pastwę cywilizacji "tyłka", jak trafnie to zresztą określił kiedyś Jean Luc Godard. McCandless porzucił studia. Również rodzinę, w której wszystko opierało się na słowie "mieć", "posiadać", on chciał "być", on chciał "dawać". Godziny jak miesiące, dni jak lata, on wyrzekł się świata, a wyrzekając się świata, kocha się go najbardziej, bo wyrzeka się świata innych. Wstąpił w złoty wiek, stanął na brzegach nowego świata i w walce o niego zaginął. Bardzo spodobała mi się jego postawa w tym, że chyba ani razu nie wypowiedział słowa Bóg. W dzisiejszej zakrzyczanej kulturze chlasta się tym słowem na lewo i na prawo, kompletnie nie wiedząc, co ono oznacza. Bóg to coś niedostępnego poznaniu teologicznemu czy też filozoficznemu. McCandless potrafił wstrzymać to pytanie o Boga. Doświadczenie Boga wyklucza myślenie człowieka, a on nie chciał dowieść jego istnienia, bo nie można dowieść istnienia Boga. Gdy dowodzi się istnienia Boga, wydaje się on zwyczajnie nieboski i człowiek z biegiem czasu zamienia jego w imię w bluźnierstwo. Prawdziwy Bóg to wiara, która oczekuje przybycia Boga, oczekuje na przygotowanie, istoczy się wraz z człowiekiem. McCandless w dobie tego ponowoczesnego nadmiaru potrafił poczuć brak i spojrzeć jego oczami w nicość. Czym różni się życie cywilizowanego człowieka od tego, który żyje w dziczy? Niczym, tu i tam potrzebna jest broń, my mamy pieniądz, a on miał karabin. Z tym, że on w woli przetrwania, zabijając dwustukilowego łosia, poczuł go jak brata, to zwierzę było mu niesłychanie bliskie, a my, tłamsząc się w swoich instytucjach, zamykamy się sami w sobie, pozdrawiając się nawzajem fałszywymi uśmiechami.

Bohater Penna, jak sam to ładnie określił, przeprowadził własną duchową rewolucję. Ale czy dla człowieka istniało coś kiedyś rzeczywiście poza światem duchowym? Być może świat zmysłowy jest złem w świecie duchowym, ale jest przecież tylko tą maleńką koniecznością jego nieskończenie prawdziwego duchowego rozwoju. Życie człowieka cechuje ciągłość, w której każdy przełomowy moment neguje to, co było wcześniej, tak więc czy coś na tym świecie wydarzyło się kiedyś naprawdę? McCandless potrafił rozróżniać różne światy, które potrafił w pełni rozpoznać, tym jest właśnie prawda, której poznanie możliwe jest tylko dzięki przeciwstawieniu.


Jak do tej pory 2 komentarze

  • 1. poezja jk
    "Prawdziwa dzielność jest świadomą odwagą, która powstaje z tego, że wydziera się szlachetnej wiedzy, która chce znieść to, co człowiek wcześniej zaprzepaścił. Prawdziwa odwaga chce dotknąć praźródła, które stoi przed człowiekiem obce, bo nieodgadnięte, chce wrócić do swojego ducha, żarliwego serca świata, by móc ponownie się w nim zatracić." z pierwszego akapitu. i tak dalej w ten deseń. prawdziwy poeta. ale recenzja to to nie jest. tylko bełkotliwy zestaw niewiele znaczących zdań.
  • 2. Maciek
    "...w tle pogrywająca co chwilę muzyczka country.."
    Chyba sam nie wiesz, co piszesz, kolego. Widocznie twoja znajomość w muzyce ogranicza się do hitów radia skoro soundtrack stworzony przez Eddiego Vedder'a nazywasz muzyczką country. Ogólnie to, co widać powyżej raczej dobrą recenzją nie można nazwać.

Dodaj swój komentarz...

Przepisz dwa słowa z obrazka



© 2005-2014 Kinoskop.plWięcej w Kinoskop.pl: Filmy | Ludzie filmu | Redakcja | Polityka prywatności | Kontakt