Pobierz najnowszy plugin Flash

Recenzja filmu "Wojna domowa"

TETE A TETE Z TEŚCIOWĄ

Kuba Armata

Całkiem niedawno na ekrany polskich kin wszedł film, którego motywem przewodnim, aczkolwiek w dość osobliwej odsłonie, była wyjątkowa relacja jaka zwykła łączyć ojca i córkę ("Ostatni dom po lewej"). Od 28 sierpnia widzowie w całym kraju mogą oglądać kolejną produkcję, która wynosi na piedestał uczucia rodzicielskie. Tym razem chodzi jednak, w nieco szerszym kontekście, o relację matka - syn, przebiegającą pod hasłem: "z teściową nie ma żartów".

W zasadzie już od pierwszego spojrzenia boleśnie przekonuje się o tym pewniku Larita (w tej roli Jesscia Biel), młoda, ale już doświadczona Amerykanka, będąca świeżo po ślubie z brytyjską „dobrą partią", Johnem Whitakerem (Ben Barnes). Ta niezwykle bezpośrednia, zwracająca na siebie uwagę, ale też w wielu sytuacjach obcesowa i bezczelna, kobieta zupełnie nie pasuje do chylącego się już ku upadkowi świata wiktoriańskich wartości, w jakim przyjdzie jej się znaleźć, kiedy John postanowi przedstawić żonę swojej rodzinie. Jej śmiałość, szczerość i postawa kobiety wyzwolonej jawnie kontrastuje z purytańskim, pełnym hipokryzji i zakłamania modelem życia wyznawanym przez brytyjską familię. Na jej czele, niczym dyktator, stoi matka (Kristin Scott Thomas), a u jej boku zupełnie jak dwa wierne pieski, jej córki, a siostry Johna. Różnice między kobietami piętrzą się na każdym kroku, od spraw fundamentalnych - jak wizja przyszłej pracy, mieszkania, po bardziej błahe, chociażby upodobania kulinarne. Co ciekawe, „Wojna domowa" od początku do końca zdominowana jest przez kobiety. To one nadają ton wydarzeniom, podejmują decyzję i ponoszą ich konsekwencje. Mężczyźni są albo zniewieściali, jak John, albo totalnie zrezygnowani i pogodzeni z własnym losem, czego przykładem może być pan Whitaker (Colin Firth), notabene jedyny, rzecz jasna poza mężem, sojusznik Larity. Tylko lokaj, Furber (Kris Marshall) zdaje się dystansować od domowych wydarzeń, nierzadko przy pomocy kropelki alkoholu.

„Wojna domowa" to przeniesiona, po raz drugi, na ekran kinowy sztuka teatralna autorstwa brytyjskiego dramaturga Noela Cowarda. Warto wspomnieć, że pierwszej ekranizacji podjął się w 1928 roku sam Alfred Hitchcock. Współczesną wersję wyreżyserował australijski filmowiec, Stephan Elliott, o którym filmowy światek usłyszał 15 lat temu, a to za sprawą nagrodzonej Oscarem, głośnej „Priscilli, królowej pustyni". Jak przystało na teatralny rodowód akcja Wojny domowej rozgrywa się na małej przestrzeni, a jej epicentrum stanowi wiejska, rodowa posiadłość Whitakerów. Tam rodzą się plotki, knute są intrygi, giną pieski... Jednak wydaje się, że nie to jest tutaj najważniejsze. Na pierwszy plan wysuwają się dialogi, pełne szermierki słownej, bon motów, ciętych ripost. Nawet w różnicy akcentów, angielskim i amerykańskim widać tą swoistą wojenkę. To właśnie warstwa werbalna stanowi clue rywalizacji dwóch kobiet o uczucia Johna.

Wszystko to podane jest z pewną swadą i podlane angielskim, momentami nieco abstrakcyjnym, poczuciem humoru. W połączeniu z wyrazistymi kreacjami aktorskimi (przede wszystkim kobiecymi) udowadnia, że po raz kolejny po m.in. „8 kobietach" (2002) Ozona czy „Wątpliwości" (2008) Shanleya, teatr w kinie może się sprawdzić.


Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu

Dodaj swój komentarz...

Przepisz dwa słowa z obrazka



© 2005-2012 Kinoskop.plWięcej w Kinoskop.pl: Filmy | Ludzie filmu | Redakcja | Polityka prywatności | Kontakt