Klasyczne gotyckie opowieści, nawet jeżeli trzymają się mocno swoich XIX-wiecznych pierwowzorówm nie muszą być sztampowe i nudne. Odnosząc sie do „Frankensteina” (1994) w reżyserii Kennetha Bragnah, Coppolowskiego „Draculi” (1992) czy „Jeźdźca bez Głowy” (1999) Burtona, można odnieść wrażenie, że wręcz przeciwnie. Gotyckie opowieści, to temat wdzięczny i efektowny. Wilkołak Joe Johnstona, choć celuje w ducha tamtych opowieści i próbuje naśladować ten sam nastrój, w doborowym towarzystwie poprzedników zdecydowanie kwalifikuje się na podrzutka.
Lawerence Talbot (Del Toro), osiągający właśnie szczyty sławy na deskach amerykańskich teatrów, wraca do angielskiej posiadłości na wieść o tajemniczym zaginięciu swego brata. Jego powrót zbiega się niestety w czasie z potwierdzeniem informacji o śmierci zaginionego. O czym informuje nader oschle witając syna stary właściciel pałacu (Sir Anthony Hopkins). Ciało Williama, jest rozszarpane, a sąsiadująca z pałacem wieś sparaliżowana strachem, obwinia o wszystko Cyganów. Terroryzująca okolicę bestia dość szybko jednak ukazuje swe oblicze, a jedyną ofiarą, która (prawie) cało wychodzi ze spotkania z nią, jest Lawrence. Teraz sam musi zmagać się z przekleństwem likantropii i odkryć kto skazał go na potępienie. W całą aferę wtrąca się na dodatek nieustępliwy poszukiwacz prawdy i funkcjonariusz Scotland Yardu o twarzy (mocno zarośniętej bakami, jak przystało na modę) Hugo Weavinga.
W efekcie końcowym mamy przed oczyma kolejny przykład filmu naszpikowanego gwiazdami (w drugoplanowej roli także Geraldine Chaplin), który ogląda się niczym totalne nieporozumienie. Starcie takich aktorskich tuzów jak Hopkins i del Toro z solidnym wsparciem Weavinga, już na pierwszą myśl wywołuje dreszcz emocji i nadzieję elektryzującej ekranowej konfrontacji. To co dostajemy, niestety nijak nie przystaje do tych oczekiwań od strony reżyserii, nie wspominając już o tak żenujących niedoróbkach filmu, jak tworzenie „tajemniczej” atmosfery przez tandetne efekty specjalne w rodzaju podświetlonego lasu, po którym biega kudłaty Lawrence, czy falującego niczym 15 lat temu w lokalnej telewizji obrazu, na którym akcja przenosi się do sfery wspomnień związanych z tragicznie zmarłą matką bohatera. Rozczulająco wyglądają także iście Disneyowskie światełka, podkreślające siłę miłości i niewinności postaci Emily Blunt.
Zapowiadany od dawna, jako jeden z filmów „nie do przegapienia” w nowym roku remake klasyku z 1941 wyszedł mdło i mizernie. Pomimo udziału takich gwiazd jak Sir Anthony Hopkins, czy Benicio del Toro i naprawdę solidnie skonstruowanej postaci Hugo Weavinga, całość niemiłosiernie męczy i nuży. Dobra rada dla tych którzy zastanawiali się nad inwestycją czasu w „Wilkołaka”, po seansie filmu Johnstona, lepiej popatrzeć raz jeszcze na Lykanów z „Underworld”, tam przynajmniej jest i akcja, i pomysł.
PS. Ciekawe, czy projektanci wizerunku bestii inspirowali się teledyskiem „Thriller” Michaela Jacksona? To ocenić mogą tylko Ci odważni, którzy „Wilkołaka” obejrzą.
Dla Nich i wszystkich wielbicieli kiczu spod znaku Joe Johnstona, wilkołaczy klasyk Czeskiej grupy „XIII Stoleti”.



Moon
Czeski błąd
Tetro
Ostatni Władca Wiatru
Marmaduke - pies na fali
Ja się wręcz śmiałam z tego co się tam dział ;]