Pobierz najnowszy plugin Flash

Recenzja filmu "To nie jest kraj dla starych ludzi"

KRÓTKI FILM O MORALNOŚCI

Kuba Armata

Po siedmiu chudych latach, czyli od czasu zrealizowania ostatniego, w moim mniemaniu udanego, filmu ("Człowiek, którego nie było" [2001]), bracia Coen, jedni z najciekawszych współczesnych amerykańskich twórców, powracają w wielkim stylu, a to za sprawą swojej nowej produkcji - To nie jest kraj dla starych ludzi. Czy jest to zapowiedź siedmiu tłustych lat? Ciężko odpowiedzieć na to pytanie, ale początek jest imponujący.

Bracia Coen to artyści, którzy na kinematograficznej mapie doskonale odnaleźli swoje miejsce, swoją niszę. To prawdziwi fanatycy, osoby o wysokiej erudycji filmowej, którzy w młodości "pochłaniali" niezliczone ilości filmów. Podążając ścieżką podobną do tej, jaką przeszedł Quentin Tarantino, wykształcali swój specyficzny, natychmiast rozpoznawalny styl. Są wielbicielami gatunków, zwłaszcza czarnego kryminału, tak w filmie, jak i literaturze - tego spod znaku Chandlera, Hammeta, a zwłaszcza Caina. W zasadzie od samego początku swojej kariery, od debiutu (Śmiertelnie proste [1984]), a może nawet jeszcze wcześniej - od montowania horrorów gore (m.in. "Martwe zło" Raimiego), bawią się i swobodnie żonglują filmowymi konwencjami, schematami gatunkowymi, czyniąc to w pełni świadomie. Często porównuje się ich do pianistów grających na cztery ręce i swobodnie korzystających z partytur bądź - bardziej obrazowo - do barmanów, dla których taśma filmowa to prawdziwy shaker.

Istotną kwestią w kontekście całej ich twórczości, a więc także najnowszego filmu, są stali współpracownicy. Coenowie praktycznie od początku stworzyli ekipę, która pracuje przy każdym kolejnym projekcie. Należą do niej, przede wszystkim, operator - Roger Deakins, kompozytor - Carter Burwell, oraz nie do przecenienia pani od castingów - Ellen Chenoweth. Z każdym kolejnym filmem widać, że ten team, napędzany przez The Two Headed Director - jak nazywani są bracia właśnie przez swoich współpracowników - rozumie się coraz lepiej, wzajemnie się docierając. Wreszcie Joel i Ethan Coen to prawdziwi autorzy filmowi - zajmują się reżyserią, wspólnie piszą scenariusze, montują swoje obrazy (pod pseudonimem Roderick Jaynes), zaangażowani są w projekty od strony producenckiej. Tworzą kino w ramach mainstreamu, podpisując kontrakty z wielkimi wytwórniami, ale jednocześnie zachowują artystyczną niezależność, przecierając tym samym szlaki takim twórcom, jak Fincher czy Aronofsky.

Właśnie tak jest z "To nie jest kraj dla starych ludzi", który zrealizowany jest dla studia Miramax. Film postrzegany jest jako jeden z głównych pretendentów do tegorocznych nagród Amerykańskiej Akademii Filmowej (aż 8 nominacji), a jednocześnie przemyca wiele, zarówno pod względem formalnym, jak i treściowym, z filozofii twórczej braci. To kolejny portret, po wspomnianych "Śmiertelnie proste" czy "Fargo" (1991), małomiasteczkowej, prowincjonalnej Ameryki, która rządzi się dość specyficznymi zasadami - pewną ograniczonością, relatywizmem moralnym, łatwością zabijania, swoistym absurdem egzystencji. Znowu widzimy jakże charakterystyczne kadry przedstawiające wielkie, puste przestrzenie w mistrzowski sposób sfotografowane przez Deakinsa. Tutaj Teksas staje się Minnesotą z "Fargo", zmieniają się jedynie pory roku.

Podobnie jest z kreacją głównych bohaterów. Zarówno Llewelyn Moss (Josh Brolin), Anton Chigurh (Javier Bardem), jak i Ed Bell (Tommy Lee Jones) stanowią zaprzeczenie tradycyjnego bohatera filmu amerykańskiego. Coenowie przedstawiają swój rodzimy kraj jako ojczyznę frustratów, ograniczonych umysłowo przeciętniaków (w czym bryluje pomocnik szeryfa), cyników, którzy niezdolni są do przekroczenia pewnych emocjonalnych barier. Bracia dość brutalnie obchodzą się ze swoimi bohaterami, negując zasady obowiązujące w kinie głównego nurtu, do którego często ich się przypisuje. Przykładu nie trzeba szukać daleko, wystarczy zobaczyć, jak skończył Llewelyn Moss...

Na pierwszy plan wysuwa się postać Antona Chigurha, psychopatycznego mordercy z zasadami, który sam o sobie mówi, że jest "jedynym słusznym narzędziem". W zasadzie od początkowych scen psychoza wypisana jest na jego licu, a potęguje ją wręcz irytująca mimika twarzy, niski tembr głosu i... dość specyficzne narzędzie zbrodni, jakim się posługuje (choć w Teksasie popularne, jednak w innych celach). Ale jeszcze większe wrażenie niepokoju wzbudza w nas wtedy, gdy zaczyna prowadzić słowne gierki z właścicielem stacji benzynowej. Scena iście porażająca. W dużej mierze jest to zasługa wysokiego kunsztu aktorskiego Javiera Bardema, według mnie murowanego kandydata do Oscara w kategorii „najlepszy aktor drugoplanowy". Tłem dla niego jest szeryf - Ed Bell, człowiek starej daty, który pamięta jeszcze czasy, gdy autorytet stróżów prawa był na tyle wysoki, że nie musieli oni chodzić z bronią u boku. Ten okres bezpowrotnie minął, teraz zginąć można praktycznie za wszystko - biorąc udział w transakcji narkotykowej, dając się skusić na piwo przypadkowo poznanej kobiecie przy basenie czy wręcz jadąc nieodpowiednią drogą.

"To nie jest kraj dla starych ludzi" ma w sobie jednak coś wyjątkowego, oryginalnego, stanowiąc pewną woltę w twórczości braci. Do tej pory ich filmy miały w sobie coś z surrealizmu (jak u Lyncha) - przedstawiały świat realny, który miał drugą, nieodgadnioną twarz, pod którą kryła się makabra, a wszystko to podszyte było spora dawką czarnego humoru. Śmialiśmy się z nie do końca rozgarniętych bohaterów, zabawnych epizodów (jak chociażby sekwencja porwania w "Fargo"), które stanowiły pewnego rodzaju kontrapunkt i rozładowywały napięcie. W "No Country for Old Men" tego nie ma. To film zrobiony od początku do końca na serio, w którym uczucie rozbawienia, wesołości zostaje zastąpione przygnębieniem, przytłoczeniem. Po projekcji filmu czujemy się tak, jakbyśmy dostali obuchem w głowę. Zupełnie tak jak oglądając "Requiem dla snu" Aronofsky'ego, "Historię przemocy" Cronenberga czy czytając "Cząstki elementarne" Houellebecqa.

Na koniec, co moim zdaniem istotne, bracia Coen nie zgrywają się na moralistów. Nie pytają o przyczyny, nie podają na tacy gotowych odpowiedzi, jedynie przedstawiają patologiczną sytuację. A to, co ktoś z tym zrobi, jest tylko i wyłącznie jego indywidualną sprawą.


Jak do tej pory 5 komentarzy

  • 1. trzeba zobaczyć! dario argento
    RE-WE-LA-CJA! Film i tekst oczywiście ;)
  • 2. Super recka budzik
    no poprostu super, recenzja lepsza niż film :)
  • 3. wielka mi rzecz pawelj30
    wielka mi rzecz -gość chodzi i strzela.
    i ten morał: zaczyna sie od kolczyków w nosie, a po20-tu latach zabija.
    ŻENADA!!!!
  • 4. zero treści, tylko napięcie Konrad
    Cienizna. Bez żadnej treści. Tylko gość chodzi i zabija. Dla mnie słabiutki. Oskary? Jakaś pomyłka.
  • 5. Greg
    Recenzja o niczym. Paplanina bez treści. A film Coenów - słaby, niestety, słaby. Jestem wielbicielem ich talentu, jednak z przykrością muszę zauważyć, że z twórczości braci zniknęło coś, co sprawia, że dzieło jest niepowtarzalne, wielkie, wybitne. To coś, to zdumienie, moi drodzy, zdumienie! Bracia pozjadali wszystkie rozumy i znudzeni opowiadają kolejną historię. Nie obchodzi mnie ona. Nie obchodzą mnie bohaterowie. Demitologizacja Dzikiego Zachodu? Po cholerę! Film o niczym. To "Fargo" powinno zgarnąć Oscary. To "Fargo" jest arcydziełem - jednym z najważniejszych filmów ostatnich 30 lat! To "Fargo" pokazuje korzenie zła, analizuje anatomię zła, nawiązując do myśli Kierkegaarda. To "Fargo" jest zdumieniem i twórców, i widzów, a "To nie jest kraj dla starych ludzi" zwykłym rozczarowaniem, niestety!

Dodaj swój komentarz...

Przepisz dwa słowa z obrazka



© 2005-2012 Kinoskop.plWięcej w Kinoskop.pl: Filmy | Ludzie filmu | Redakcja | Polityka prywatności | Kontakt