Pobierz najnowszy plugin Flash

Recenzja filmu "Rocky Balboa"

IDEAŁ SIĘGNĄŁ BRUKU

Krystian Zając

Wychowałem się na "Rockym". W czasach, gdy kasetowy biznes dopiero startował, filmy o ringowym mańkucie były nie lada rarytasem. Co prawda pierwszy "Rocky" wszedł na ekrany już w 1976 roku, a kolejne części powstawały w regularnych, trzyletnich odstępach czasu (wyjątkiem jest tylko "Rocky V" – pięć lat przerwy), ale właśnie okres mojego dzieciństwa, początek lat dziewięćdziesiątych, to w naszym kraju czas największego zafascynowania wychodzącymi wówczas na VHS-ach legendarnymi amerykańskimi filmami, w tym kolejnymi częściami "Rocky`ego". O ile jednak dwie pierwsze części cyklu to arcydzieła w swoim gatunku, niestety kolejne epizody opowiadające o losach "włoskiego ogiera" były coraz słabsze. W szczególności wspomniana piąta część cyklu znacznie ustępowała poziomem wcześniejszym. Czy w związku z tym warto było robić kolejną odsłonę przygód boksera po ponad piętnastu latach przerwy? Śmiem wątpić.

"Rocky Balboa", szóste ogniwo przygód pięściarza, opowiada o jego losach w kilkanaście lat po ulicznym pojedynku dwukrotnego mistrza wagi ciężkiej z byłym uczniem, Tommym Gunnem. Zbliżający się do sześćdziesiątki Rocky (jak zawsze w tej roli Sylvester Stallone) prowadzi obecnie włoską restaurację, którą na cześć zmarłej na raka żony nazwał "Adrien`s". Klientela przychodzi tu głównie po to, by zobaczyć dawnego mistrza, zrobić sobie z nim zdjęcie, posłuchać jego opowieści. Sam Rocky spędza w lokalu całe dnie, wszak oprócz niego właściwie nie ma nic. Jedyny syn bierze udział w "wyścigu szczurów" i nie ma ochoty na kontakty ze sławnym ojcem, w którego cieniu wciąż żyje. Wszyscy przyjaciele pożegnali się już ze światem, wyjątkiem jest jedynie zrzędliwy szwagier Paulie. W związku z tym Rocky żyje przeszłością. Odwiedza codziennie grób żony i miejsca, które są dla niego nieodwołalnie z nią związane: stare lodowisko, sklep ze zwierzętami, wspomina też nieustannie stare walki. Dawny świat odchodzi jednak nieuchronnie w niepamięć, a bokser nie za bardzo chce się z tym pogodzić. Przede wszystkim nie podoba mu się własny status sportowego emeryta. Aby nieco uatrakcyjnić swoje życie, występuje do bokserskiego związku o przywrócenie mu pięściarskiej licencji. W tym samym czasie w telewizyjnym programie zostaje przeprowadzona komputerowa symulacja walki obecnego mistrza świata wagi ciężkiej Masona "Liny" Dixona (Antonio Tarver, jeden z najlepszych bokserów w wadze półciężkiej) właśnie z "włoskim ogierem". Dowodzi ona, że Rocky w najlepszej formie bez problemu uporałby się z czarnoskórym championem. Niedoceniany przez media i publiczność, odnoszący szybkie i mało spektakularne zwycięstwa Dixon, za namową managerów proponuje legendarnemu mańkutowi pokazowy pojedynek, w którym będzie mógł udowodnić wszystkim, że jest wartościowym pięściarzem. Chcąc jeszcze raz się sprawdzić Rocky podejmuje wyzwanie stoczenia ostatniej walki w swoim życiu.

Niestety "Rocky Balboa" nie może spełnić oczekiwań żadnego z miłośników przygód "największego boksera wszechczasów". Film jest wtórny, zwłaszcza w stosunku do pierwszej części, oprócz tego nieznośnie się dłuży, a główny wątek jest nachalnie wręcz moralizatorski. Stallone, scenarzysta wszystkich i reżyser czterech z sześciu części cyklu (reżyserem pierwszej i piątej jest John G. Avildsen) jest wręcz stworzony do roli Rocky`ego i aktorsko co prawda nie zawodzi, ale po drugiej stronie kamery spisuje się o wiele gorzej. Z mitu boksera, który walczył o dumę, honor, szacunek nie zostało właściwie nic. Reżyser stara się co prawda przekonać widza, że należy ze wszystkich sił dążyć do osiągnięcia swoich marzeń i nigdy nie należy się poddawać, ale robi to tak patetycznie, że graniczy to wręcz ze śmiesznością, więc nijak nie da się tego zaakceptować. Sama fabuła jest żywcem wzięta z pierwszej, najbardziej udanej części cyklu. Bohater dostaje niespodziewaną szansę, stara się ją wykorzystać, więc podejmuje wyzwanie rzucone mu przez obecnego mistrza, a w tle próbuje poderwać dziewczynę. Przy okazji pomaga innym uwierzyć w siebie i wreszcie osiąga upragniony sukces, który niekoniecznie jest tożsamy z ringowym zwycięstwem. Porównując jednak dzisiejszego "Rocky`ego" z "Rockym" sprzed trzydziestu lat, ten współczesny jest zaledwie marną kalką pierwowzoru. Nawet punkt kulminacyjny, pojedynek dwóch mistrzów nie dorównuje oryginałowi, a to już nie przystoi, zważywszy na różnicę czasu między nimi. "Rocky Balboa" jest filmem po prostu słabym, który nie powinien był powstać, podobnie jak kolejny projekt Stallone`a "John Rambo", czwarta część przygód weterana z Wietnamu. Widocznie "Sly" chce zniszczyć wszystkie legendy, które własnoręcznie niemal stworzył.


Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu

Dodaj swój komentarz...

Przepisz dwa słowa z obrazka



© 2005-2014 Kinoskop.plWięcej w Kinoskop.pl: Filmy | Ludzie filmu | Redakcja | Polityka prywatności | Kontakt