Chciałoby się rzec, "kiedy rozum śpi, budzą się potwory". W przypadku filmu Projekt: Monster, który 1 lutego trafił na ekrany naszych kin, bardziej uzasadnione będzie zastąpienie pierwszego członu tej sentencji słowami - "kiedy impreza trwa...". Bo to właśnie w takich okolicznościach (pożegnanie jednego z bohaterów, który dostał nową posadę i wyjeżdża do Japonii) protagoniści będą musieli stawić czoła, a może raczej po prostu starać się przeżyć bliskie spotkanie (niekoniecznie trzeciego stopnia) z "obcym".
Pierwsze sceny "Projekt: Monster" są żywcem wyjęte z "age movie", takiego typowo młodzieżowego kina, jakże charakterystycznego dla amerykańskiego przemysłu filmowego. Dowiadujemy się, kto z kim, kiedy, dlaczego, a wszystko to podparte odpowiednią porcją alkoholu czy wypaleniem skręta. Wydaje się, że to element strategii reżyserskiej i po kilkunastu minutach projekcji, gdy zaczynamy zastanawiać się, czy czasem nie pomyliliśmy sal, bo ten obraz z horroru zdaje się nie mieć nic, następuje trzęsienie ziemi (dosłownie) i w momencie trafiamy na drugi biegun. Kontrapunktem, w tym przypadku, jest ów tytułowy "monster", któremu najwyraźniej do gustu przypadł Nowy Jork. W tym momencie większość (bo jak się okazuje nie wszystkie, jak na przykład znalezienie baterii do komórki) przyziemnych problemów grupy młodych ludzi schodzi na dalszy plan i rozpoczyna się walka o życie. Jak się zakończy? Tego oczywiście nie zdradzę, ale zachęcam do pozostania w kinie odrobinę dłużej i poczekania, aż "przejdą" napisy końcowe.
Od samego początku reżyser - Matt Reeves, przyjmuje ciekawą strategię narracyjną. Nasz punkt widzenia tożsamy jest ze spojrzeniem jednego z bohaterów - Huda (T.J. Miller), a dokładniej z obiektywem kamery, którą dokumentuje pożegnanie Mike'a, tym samym chcąc mu sprawić pamiątkę od przyjaciół. Mamy więc do czynienia z narracją subiektywną, czyli de facto wiemy dokładnie tyle co bohaterowie i razem z nimi poznajemy kolejne detale, co sprzyja uczuciu zaskoczenia. Paradokumentalny charakter filmu niewątpliwie przyczynia się do wykreowania odpowiedniej dla tego typu produkcji atmosfery grozy, napięcia, oczekiwania, czyniąc z tego jego największy plus. "Projekt: Monster" pod względem realizacyjnym jest bardzo zbliżony do, w wielu kręgach już kultowego, "The Blair Witch Project" (1999) Eduardo Sancheza i Daniela Myricka. Wkrada się tu również element autotematyzmu. W gruncie rzeczy to film o realizacji filmu. Wreszcie, to ciekawe i na swój sposób oryginalne nawiązanie do konwencji "monster movie", czyli filmów najczęściej niskobudżetowych i do bólu kiczowatych, które były ogromnie popularne w Stanach Zjednoczonych w latach 50. (zwłaszcza w kinach typu "drive in"), kiedy tworzyła się kultura młodzieżowa.
Nie będą tym filmem ukontentowani ci, którzy oczekiwali kolejnej produkcji a la "Obcy kontra Predator", a wbrew pozorom takich ludzi, przynajmniej na seansie, w którym ja uczestniczyłem, było sporo. "Projekt: Monster" to film bardziej wysublimowany, gdzie większy nacisk położono na atmosferę, ową niepewność, zawieszenie niż na częstotliwość trupów na minutę. Tę rozbieżność w oczekiwaniach można tłumaczyć przez tytuł, który chyba nie jest najlepszym substytutem oryginalnego "Cloverfield". Żeby mnie nie zrozumiano źle, nie optuję za pozostawieniem amerykańskiego tytułu, bo wtedy jeszcze trudniej byłoby "zidentyfikować" produkcję, niemniej jednak uważam, że w tej kwestii można było się bardziej postarać, niekoniecznie stawiając na kalkę ze wspomnianego "The Blair Witch Project".



Polecam tym którzy lubią sceny trzymające w napięciu a nie krwawe sieczki,(typowe horrory i podobne psychiczne rzeźnie)
ewentualnie film może mieć drógą część