Pobierz najnowszy plugin Flash

Recenzja filmu "Pokuta"

MIĘDZY FIKCJĄ A RZECZYWISTOŚCIĄ

Jan Gryta

Nadciągające wielkimi krokami rozdanie Oscarów rozpala ciekawość i popycha do oglądania i oceniana kolejnych pewniaków i czarnych koni. Stąd chyba tendencja do zarzucania plakatów filmowych informacją o liczbie nominacji czy zdobytych już nagrodach. Niedawno w polskich kinach pojawił się kolejny z serii filmów promowanych jako pewniak. Pokuta Joego Wrighta na podstawie książki jednego z najlepszych współczesnych brytyjskich pisarzy Iana McEwana. Jednak w tym przypadku okołooskarowa reklama jest najzupełniej zbędna. Film byłby wart uwagi nawet wtedy, gdyby Akademia go nie zauważyła.

Jak zapewniają materiały promocyjne, "Pokuta" to obraz o małej Briony Tallis, rozpieszczonej dziewczynce z bogatej, bardzo bogatej, angielskiej rodziny, która poza talentem pisarskim wyróżnia się też wścibskością i wrodzoną skłonnością do nadinterpretacji różnych rzeczy. Gdy sielankową atmosferę upalnego lata w wiktoriańskiej rezydencji burzy gwałt na jednej z kuzynek Briony, ta jest przekonana, i upewni w tym nawet policję, że haniebnego czynu dokonał syn gospodyni Robbie, którego wcześniej nakryła w niedwuznacznej sytuacji ze swoją siostrą Cecylią. Robbie trafi przez trzynastoletnią dziewczynę do więzienia, a tym samym jego życie-miłość-kariera legną w gruzach. Podobnie jak życie i miłość Cee, która postanawia zerwać z rodziną. Briony, gdy wraz z wiekiem dociera do niej rozmiar tragedii, której stała się przyczyną, także wycofuje się z dotychczasowego wygodnego życia i zadaje sobie pokutę, szukając ukojenia i odkupienia w literaturze. Zostaje wziętą pisarką.

Opisy traktujące o filmie zapewniają, że właśnie na problemie odkupienia przez twórczość ma się on skupiać. Być może to zagadanie realizuje powieść, film jednak wydaje się poruszać inne problemy. Bliżej mu, moim zdaniem, do Wieczoru Lajosa Koltaia. Przy podobnej fabule (ona z bogatej rodziny, on syn służących z ich letniej rezydencji, mimo romansu niedane im jest być razem) stawia podobny problem - odpowiedzialności za czyny jednostki i wpływu naszych decyzji na losy własne i bliskich. I o ile autor "Wieczoru" twierdzi wprost, że żadnej decyzji nie możemy żałować, o tyle Wright, podążajac za McEwanem, wykazuje się absolutna niewiarą w człowieka i przekonaniem o jego destrukcyjnych skłonnościch (u McEwana jest to szczególnie widoczne w "Amsterdamie", a także pierwszych utworach, za które zyskał sobie przydomek Ian McAbre). Jak z taką pesymistyczną wizją poradził sobie Wright?

Dobrze. Nadspodziewanie dobrze. "Pokuta" to wysublimowany obraz, który podobnie jak proza pisarza przekazuje najczarniejsze wizje w najlepszej formie. Bo właściwie wszystko w tym filmie zasługuje na pochwałę. Gra aktorów stoi na wysokim poziomie, i nie chodzi jedynie o przepiękną Keirę Knightley, która większość recenzentów zdaje się zauroczać samym swoim pojawieniem się na planie (no i plecami). Zaskakująco dobrze radzi sobie młoda Saorise Ronan w roli 13-letniej Briony, co szczególnie widać na tle Juno Temple (filmowej Loli), która jak dla mnie nie przebiła się ze swoją postacią poza warstwę tła. Wśród ról męskich moją uwagę przyciągnął, nawet bardziej od Jamesa McAvoya (Robbie), Benedict Cumberbath (Paul), który gra postać niemal epizodyczną, ale robi o świetnie.

Kolejną zaletą filmu jest dbałość o detal. W swojej recenzji Krzysztof Grzybowski z TokFm mówił, że sceny zbiorowe przywodzą mu na myśl pieczołowicie przygotowane obrazy z kina chińskiego. Trudno się z tym zdaniem nie zgodzić. Przykładem scena w Dunkierce. Rewelacyjna. Gdybym prowadził ranking najlepszych scen wojennych, znalazłaby się w zdecydowanej czołówce. I to mimo braku jakichkolwiek efektów specjalnych.

Oczywiście jak każdy film, także "Pokuta" nie jest pozbawiona wad. Szczególnie irytujący okazał się sposób zmieniania perspektywy w pokazywaniu niektórych scen (na przykład "scenę przy fontannie" oglądamy zarówno oczyma Briony, jak i jej uczestników). Mimo że w zasadzie byłem na te częste zmiany przygotowany, to jednak kilka razy udało mi się w tych przeskokach zgubić. Innym mankamentem jest muzyka, która z tła wychodzi na miejsce bardziej istotne, z różnym skutkiem. Szczególnie widać (słychać) to w przypadku "klikającego" tematu towarzyszącego pojawianiu się Briony. Jak widać, są to jednak niezbyt istotne wady i zdecydowanie nie psują całościowego odbioru filmu. Obrazu bardzo wysmakowanego i dopracowanego, który nie tyle warto, co chyba trzeba zobaczyć.


Jak do tej pory 2 komentarze

  • 1. congrats edyta
    jestem pod dużym wrażeniem tego artykułu. napisany z należytą dokładnością, zawiera wszelkie potrzebne informacje, aby móc wyrobić sobie zdanie na temat filmu, którego się jeszcze nie widziało. obiektywizm artykułu pozwala na dostrzeżenie wielu aspektów filmu, zarówno zalet jak i wad. oby więcej takich. dzięki
  • 2. MIĘDZY FIKCJĄ A RZECZYWISTOŚCIĄ edyta
    jestem pod dużym wrażeniem tego artykułu. napisany z należytą dokładnością, zawiera wszelkie potrzebne informacje, aby móc wyrobić sobie zdanie na temat filmu, którego się jeszcze nie widziało. obiektywizm artykułu pozwala na dostrzeżenie wielu aspektów filmu, zarówno zalet jak i wad. oby więcej takich. dzięki

Dodaj swój komentarz...

Przepisz dwa słowa z obrazka



© 2005-2012 Kinoskop.plWięcej w Kinoskop.pl: Filmy | Ludzie filmu | Redakcja | Polityka prywatności | Kontakt