Kino familijne niejednokrotnie wprowadza dorosłego widza w konfuzję. Mimo że filmy, co sugerowałaby kategoria, powinny dostarczać wrażeń zarówno rodzicom jak i dzieciom, to w praktyce jednak żadna z docelowych grup ostatecznie nie wychodzi z kina usatysfakcjonowana. Dowcipy często pozostają niezrozumiałe dla młodych widzów, zaś swego rodzaju dziewicza naiwność, która wyziera z treści filmu nieznośnie drażni dorosłych. Opowieści na dobranoc (2008) są tej niechlubnej tendencji najlepszym przykładem.
Akcja filmu rozpoczyna się 1973 roku, w małym hotelu Sunny Vista, prowadzonym przez Jacka Bronsona i dwójkę jego sympatycznych dzieci - Wendy i Skeetera. Gdy spokojowi rodzinnej sielanki nagle zaczyna zagrażać widmo bankructwa, zrozpaczony ojciec sprzedaje przytulny hotelik przedsiębiorczemu Barremu Nothinghamowi, w nadziei jednak, że po latach syn - Skeeter (Adam Sandler) - zostanie jego dyrektorem, a hotel szczęśliwym trafem powróci w ręce rodziny. Jednak szlachetne skądinąd marzenie ojca nie spotka się z realizacją, bo nieszczęsny Skeeter - pomimo imponującego stażu na pokojach luksusowego Sunny Vista Nothingham- jest odpowiedzialny jedynie za wymianę żarówek i naprawę wszelakich usterek. Tymczasem życie niestrudzenie stawia przed Skeeterem coraz to nowe wyzwania. Gdy Wendy (Courtney Cox) wyjeżdża na tydzień z powodu rozmowy kwalifikacyjnej do nowej pracy, prosi brata, by podczas jej nieobecności zaopiekował się dziećmi. Zakłopotany niewygodną rolą opiekuna Skeeter znajduje z siostrzeńcami wspólny język opowiadając bajki, w których sam jest głównym protagonistą. Ku własnemu zdziwieniu wkrótce odkrywa, że rzeczywistość zaczyna niebezpiecznie przypominać bajkowe scenariusze.
„Opowieści na dobranoc" podchodzą do tematu bajki rzetelnie - chciałoby się rzec książkowo, próbując udowodnić, że nawet dorośli potrafią z polotem opowiadać ciekawe i nieprzewidywalne historie. Kolejne realizacje dziecięcych fantazji zręcznie ubrano tu w klasyczne konwencje gatunkowe. Filmową podróż rozpoczynamy od wizyty na średniowiecznym zamku, potem przenosimy się na Dziki Zachód, kończąc w nieznanej i odległej galaktyce. Jednak pomimo pozornej swobody inscenizacyjnej „Opowieści na dobranoc" pozostają do bólu wierne żelaznej zasadzie rządzącej światem bajkowej fikcji i tak jak pan Bóg przykazał wszystko kończy się szczęśliwie. Należy jedynie ubolewać, że Adam Sandler nie popuścił wodzy swej fantazji, co z pewnością nadałoby filmowi pewien rozpoznawalny wyraz i wyróżniłoby obraz spośród tysiąca beznamiętnie mu podobnych.
Na koniec, wysoką poprzeczką dla dorosłego widza jest irytujący dubbing, który bezlitośnie trywializuje wszystkie przyjemne niuanse oryginalnej wersji językowej. Dowcipy słowne wydają się chybione zarówno z perspektywy dorosłych jak i dzieci, bo jak udało mi się zaobserwować, młodych widzów najbardziej bawi humor sytuacyjny, gagi o fizycznym wręcz gimnastycznym rodowodzie i bohater, który nagle staje się obiektem nieuzasadnionej przemocy, lecz nade wszystko rozsypywany na podłodze popcorn.





Dodaj swój komentarz...