Nieproszonymi gośćmi będą na seansie ci, którzy widzieli więcej niż kilka horrorów. Powstaje bowiem wrażenie, że wszystko już gdzieś widzieliśmy, przez co film staje się przewidywalny, a finałowa wolta nie zaskakuje z odpowiednią siłą.
Nieproszeni goście (2009) zostali ulepieni ze zgranych klisz, takich jak dom na odludziu, pojawiające się duchy zmarłych osób, pragnące coś bohaterom powiedzieć czy niezawodna mała dziewczynka o bladej twarzy i szklistym spojrzeniu. Zamiast skupić się na fabule zastanawiamy się, ile razy i gdzie już te motywy widzieliśmy. Co więcej, podobnie jak niedawny Nienarodzony (2009), film braci Guard jest idealnie przewidywalny i straszący wyłącznie w tych momentach, w których się tego doskonale spodziewamy.
Już pierwsza scena filmu nie robi najlepszego wrażenia - słyszymy dialog żywcem przeniesiony z młodzieżowej komedii oraz komentarz zza kadru, mówiący dokładnie o tym, co i tak widać na ekranie. Są tu i takie momenty, gdy zamiast się bać, będziemy się zastanawiać nad nielogicznym postępowaniem bohaterki. Choćby w jednej z pierwszych scen, w której budzi się ona w środku nocy, drzwi pokoju powoli się otwierają, a w stronę łóżka zaczyna coś pełznąć. Zamiast zaświecić znajdującą się na wyciągnięcie ręki lampkę i zobaczyć, co się naprawdę dzieje, bohaterka odwraca głowę i trzęsie się ze strachu... „Nieproszeni goście" mogą wydać się interesujący wyłącznie osobom, które dopiero zaczynają swą przygodę z horrorem. Poznają oni typowe mechanizmy, jakimi hollywoodzcy rzemieślnicy starają się przestraszyć widzów.
Podobnie jak po lekturze Luster (2008) można było dostać dreszczy przed spojrzeniem w lustro, tak samo po „Nieproszonych gościach" wyrzucanie śmieci przestanie być błahą czynnością. I jest to jedyna rzecz, jaka pozostaje po seansie w pamięci. O filmie, który jako fabularny pretekst wykorzystuje proces funkcjonowania ludzkiej pamięci - lepiej zapomnieć.



PS
„Nieproszeni goście” to remake „Opowieści o dwóch siostrach”, stąd podobieństwa:)