Jeśli ktoś jeszcze nie wie, dlaczego Amerykanie nie powinni kręcić już raz dobrze nakręconych przez Japończyków horrorów, niech wybierze się na Nieodebrane połączenie (2008). Po seansie będzie wiedział (aż za dobrze) dlaczego.
Takeshi Miike, autor pierwowzoru, mistrzowsko wpisał się w zapoczątkowany przez Hideo Nakatę nurt nowego japońskiego horroru. Nakata filmami „The Ring” (1998) i „Dark Water” (2002) stworzył i ugruntował kilka powracających motywów, które będą charakteryzowały ten popularny trend. Najkrócej rzecz ujmując: bohaterkami są zwykle niczym niewyróżniające się kobiety, a duchy atakują z przedmiotów codziennego użytku. W „Nieodebranym połączeniu” jest to naturalnie telefon komórkowy, przedmiot, bez którego w dzisiejszym świecie nie sposób się obejść. I na tym kończą się podobieństwa między samoświadomą wersją Miike a nieudolną podróbką Valette’a.
Największą wadą amerykańskiego „Nieodebranego połączenia” pozostaje brak klimatu i śmiertelna powaga. Nastój grozy, gra skojarzeń, sugerowanie i niedopowiedzenia to bez wątpienia walory pierwszej wersji. W remake’u wszystkie się ulotniły – brak tu klimatu, zaskoczeń i uczucia strachu. Czyli minimum. Bo już interesujących bohaterów czy nowatorstwa nie wymagam. Nie dość, że chce się nas przestraszyć ponownie tym samym, to jeszcze robi się to nieudolnie. Mimo usilnych starań znalazłem ledwie jedno ujęcie, które przykuło na chwilę moją uwagę – po rozjechanej przez pociąg bohaterce zostaje ściskająca telefon dłoń. Wykręca ona numer telefonu, jakby to był jakiś wrodzony odruch. Ponure, ale niegłupie. Jednak próżno szukać podobnych scen w pozostałej części filmu.
Jeśli można mówić o jakiejś namiastce przesłania, to najwyżej: gdy ktoś dzwoni, lepiej odebrać. No chyba że to kumpel, który chce zaproponować wspólne wyjście na „Nieodebrane połączenie”.



Dodaj swój komentarz...