Na ten debiut czekaliśmy z ciekawością i niepewnością zarazem. Nadzieją na mocne uderzenie ze strony Marcina Wrony, młodego filmowca, którego znakomita etiuda „Człowiek Magnes” już zebrała wiele nagród na festiwalach w kraju i za granicą. Scenariusz autorstwa: Marcina Wrony, Grażyny Treli oraz Marka Pruchniewskiego został doceniony podczas polskiej edycji konkursu Hartley-Merril. Grający główną rolę – Eryk Lubos otrzymał nagrodę im. Zbyszka Cybulskiego dla najlepszego aktora młodego pokolenia. Czyż to nie nokautujący debiut?
Początkowo film miał nosić tytuł „Tamagotchi”, nawiązując do elektronicznej zabawki, której właściciel musiał się nią opiekować, karmić, myć, ubierać i czesać, a nawet sprzątać po niej. To był niewielkich rozmiarów gadżet, kształtem przypominający jajko, uczący odpowiedzialności i czułości.
Tych cech charakteru poszukuje główny bohater „Mojej krwi”, Igor - bokser, którego pogarszający się stan zdrowie zmusza do rezygnacji z walk. Niestety to jedyne zajęcia dające satysfakcję chłopakowi, jest także źródłem jego utrzymania, bezpieczeństwa, dodaje męskości. Ring stanowi dla Igora oazę bezpieczeństwa, jest areną, na której może pokazać swoje bokserskie umiejętności, obić mordę kolejnego maminsynka, a czasami nawet porządnie oberwać. Ta adrenalina sprawia, że żyje, napędza jego nic nie wartą egzystencję zabijaki – bezmózgowca. Bo przecież taki stereotyp istnieje w naszym społeczeństwie – bokserzy to idioci, którym mózgi kurczą się od nadmiaru ciosów przyjmowanych na twarz, a ich żywot sprowadza się jedynie do masakrowania ciał na ringu, przy aplauzie rozentuzjazmowanych gapiów. Temu schematowi chce się sprzeciwić reżyser – debiutant, pragnący w życie Igora tchnąć nadzieję i optymizm, wierzący w siłę zmian na lepsze, w metamorfozę, a przede wszystkim w swojego bohatera…
Przekreślająca dalszą karierę boksera diagnoza lekarska zmusza go do przeprowadzenia całkowitej rewolucji w życiu – gorączkowo poszukuje matki dla potomka, co jest efektem silnej potrzeby pozostawienia po sobie jakiegoś śladu istnienia. Dlatego bezpretensjonalnie zmusza młodą Wietnamkę, nielegalną emigrantkę, pracującą na Stadionie Tysiąclecia w Warszawie w „fast – fordzie” z egzotyczną strawą, do urodzenia mu dziecka. W zamian proponuje małżeństwo i obywatelstwo polskie, gwarantujące stabilizację i bezpieczeństwo dziewczynie. Po przez tą postać Wrona nakreśla problem emigrantów mieszkających w naszym kraju (wymowne sceny z udziałem Wietnamczyków starających się w obcym kraju zachować swoją narodową tożsamość, tradycję i obyczaje, tak ważne w ich kulturze). Dzięki tej filigranowej osobie, bezwzględny, pozbawiony zasad moralnych Igor zrzuca maskę macho: brutalność zamienia w sympatię, obojętność w zaangażowanie i odpowiedzialność. Pokazuje, że taki facet jak on, również wyposażony jest w organ zwany sercem. Początkowo egoistyczne zachcianki uświadamiają bohaterowi filmu Marcina Wrony siłę związków międzyludzkich. Przecież każdy potrzebuje bliskości drugiej osoby, wsparcia, świadomości życia dla kogoś i miłości. Zwierzęca chęć przedłużeniu gatunku przeradza się troskę o osobę, którą się poznało, przygarnęło i otoczyło opieką. Igor i jego wietnamska kobieta stają się niemalże Mały Księciem i jego różą z opowiadania Antoine’a de Saint-Exupery (jest się odpowiedzialnym za to, co się oswoił). Obydwoje w pewien sposób żyją na marginesie społeczeństwa, wykolejeni przez swoją profesję czy pochodzenie, starają się wspólnie odnaleźć szczęście. Niby tak niewiele…
„Moja krew” Marcina Wrony to efektowny cios filmowy dla widza siedzącego w wygodnym kinowym fotelu. Reżyser bez zbędnych ckliwości i upiększeń prezentuje skomplikowane związki międzyludzkie, pokazuje brak umiejętności porozumiewania się między ludźmi. Zwraca również uwagę na problem mniejszości narodowych w naszych kraju oraz problem tolerancji. Igor jest bohaterem ulegającym metamorfozie – dzieje się to trochę z przymusu, ale doprowadza do ukazania „ludzkiego” oblicza bohatera. Czy uwierzymy w tą niezwykłą przemianę? To już inna kwestia…
Z pewnością Marcin Wrona zasługuje na pochwały, ponieważ stworzył obraz przemyślany pod względem formalnym i fabularnym (rewelacyjne zdjęcia Pawła Flisa). Jego styl przypominać może wystylizowane i dopracowane do perfekcji kino amerykańskie, ale w tym najlepszym znaczeniu. Oglądając „Moją krew” przywołuje się w pamięci takie filmy, jak: „Zapaśnik” (2008) Aronofsky’ego, „Wściekły byk” (1990) Scorsese czy „Za wszelką cenę” (2004) Eastwooda, których fabuła skupia się wokół ludzi ringu. Obraz Wrony poraża dojrzałością i agresywnością kadrów, brutalność okazuje się codziennością, a o szczęście i miłość walczy się najtrudniej. Ciężka walka to życie!



Liban
Beats of Freedom - Zew wolności
Alicja w Krainie Czarów
Agora
Różyczka
Dodaj swój komentarz...