Recenzja filmu "Lourdes"

PODRÓŻ BEZ KOŃCA

Magda Bartczak

W „Lourdes" młoda reżyserka po raz pierwszy przenosi akcję swojego filmu poza granice rodzinnej Austrii. Już nie mroczny hotel i nie wiedeńskie przedmieścia stanowią centrum świata jej bohaterów. Tym razem mamy przed oczami bajeczne górskie miasteczko, do którego rokrocznie pielgrzymują tysiące wiernych, modlących się o uzdrowienie.

Jessica Hausner przedstawia w swoim filmie podobną historię, z jaką już mieliśmy do czynienia u Emila Zoli, w powieści o tym samym tytule. Tam również autor skupiał się na postaci, która dociera do słynnego miejsca objawień, choć zdaje się wątpić w głębszy sens swojej pielgrzymki. W Lourdes modli się więc nie tylko o zdrowie, lecz przede wszystkim o łaskę wiary, która pomogłaby łatwiej znieść przeżywane cierpienie. W przeciwieństwie do utworu francuskiego naturalisty, opowieść Hausner jest jednak mocno niejednoznaczna. I właśnie owa niejednoznaczność stanowi rdzeń przedstawionego w tym filmie świata.

Christine cierpi na stwardnienie rozsiane. W swojej chorobie nie poszukuje jednak siły, która mogłaby zbliżyć ją do świętości. Nie dopatruje się w niej łaski czy wyróżnienia. Widzi w niej tylko własną słabość i wszystko to, co oddala ją od szczęścia. A definicja szczęścia, która z samej swej natury zależna jest od okoliczności, oznacza dla niej to, co dla innych jest całkowitą normą. Bohaterka nie poszukuje więc wyzwolenia w swoim cierpieniu, lecz przeciwnie - z pełną świadomością niesprawiedliwości losu zastanawia się, czemu właśnie ją dotknęła ta choroba. Jak sama wyznaje, nie potrafi też współczuć innym, bardziej cierpiącym. Podróżując do słynnego miejsca objawień początkowo czuje się obco wokół wierzących, cierpliwie modlących się ludzi. Powoli zaczyna jednak wierzyć. A może raczej - zaczyna coraz bardziej starać się o to, aby wiara stała się również jej udziałem. Ale na ile jest to wiara w Boga, a na ile - wiara w swoją możliwą przyszłość? Czy to, co jej się przytrafia w Lourdes, można określić jako znak boskiej obecności?

Zakończenie tej gorzkiej historii nie podsuwa żadnych pewnych odpowiedzi. Dzieło Hausner można potraktować z jednej strony jako wnikliwy portret budowania religijnych znaczeń, z drugiej jako przejmujący demontaż fundamentów wiary. Z właściwym sobie surowym potraktowaniem filmowej materii reżyserka portretuje rzeczywistość zawieszoną pomiędzy pragnieniem wiary i jednoczesnym poczuciem lęku oraz świadomością, że wiara tak naprawdę nic nie zmienia.

Autorka mrocznego Hotelu tworzy w swoim najnowszym filmie barwną galerię ludzkich charakterów. Znajdziemy w niej postaci głęboko wierzące, wątpiące, zdesperowane, oczekujące cudu, często zazdrosne o cudze powodzenie. Co jednak istotne, owe portrety są wyzbyte ironii, a wnikliwa obserwacja postaw nie pozwala reżyserce na wprowadzenie uproszczeń. Wspólnym mianownikiem łączącym wszystkich pielgrzymujących nie jest choroba czy kalectwo, lecz przede wszystkim nadzieja, że istnieje w ich życiu coś, na czym można by się oprzeć. Nadzieja, która czasem potrafi być silniejsza od tego, co moglibyśmy nazwać poczuciem rzeczywistości.

Na plan Lourdes Jessice Hausner udało się zgromadzić plejadę znakomitych aktorów, który stanowią ogromną siłę tego filmu. W główną bohaterkę wcieliła się znakomita francuska aktorka, Sylvie Testud, znana zarówno z bardziej komercyjnych produkcji ( "Niczego nie żałuję - Edit Piaf" Oliviera Dahana), jak i filmowych eksperymentów ( „Jedzcie, to jest bowiem ciało moje" Michelangelo Quaya). U jej boku możemy podziwiać cały szereg najlepszych aktorów współczesnego kina. Szczególne wrażenie pozostawia po sobie kreacja jednej z ulubionych aktorek Hala Hartleya - Eliny Löwensohn, w roli kierującej wycieczką zakonnicy. Doskonałą rolę stworzył też Bruno Todeschini ( „Kod nieznany" Hanekego, „Jego brat" Patrice'a Chereau), wcielający się w strażnika sanktuarium, którego Christine zaczyna darzyć uczuciem. Równie imponująco zostały obsadzone postaci epizodyczne. Na drugim planie ujrzymy m.in. jedną z największych gwiazd kina węgierskiego, Orsolyę Toth, znaną m.in. z „Joanny" i „Delty".

Nie bez powodu Jessikę Hausner określa się jako jedno z największych objawień austriackiej kinematografii. Z podobną wnikliwością jak Michael Haneke i Ulrich Seidl punktuje ludzkie słabości i dokonuje odważnej wiwisekcji duszy postrześcijańskiej Europy. Jest jednak w jej dojrzałym i przejmująco prawdziwym kinie coś, czego nie znajdziemy u reżysera Funny games i autora „Upałów". Hausner ma dużo więcej sympatii dla swoich bohaterów, a co więcej - zdaje się mieć też więcej sympatii dla publiczności, której nie pragnie swoją sztuką umoralniać. Podobnie jak wspomniani twórcy, nie pozostawia jednak swym widzom zbyt wiele nadziei.


Jak do tej pory 2 komentarze

  • 1. Limba
    Brzmi mało zachęcająco - tak, jakby to było o nas, ale bez światełka nadziei...
  • 2. Marcin
    Dla mnie "Lourdes" tylko pozornie jest filmem zgłębiającym problemy natury religijnej. To tajemnicze, owiane legendą miejsce, jakim jest Lourdes było reżyserce potrzebne jedynie jako tło, na którym dochodzi do spotkania dużej grupy ludzi pochodzących z różnych stron świata i połączonych wspólną nadzieją na chwilowy chociażby kontakt z jakąś wyższą rzeczywistością duchową, której odczucie nadałoby sens ich egzystencji. Na pierwszy rzut oka ludzie ci tworzą wspólnotę katolików, którzy zebrali się w tym miejscu, by modlić się razem z innymi, razem z innymi odczuwać podniosłą atmosferę i razem z innymi cieszyć się z danej im łaski wiary. Jednak gdy spojrzenie kamery przechodzi od planu ogólnego do zbliżenia, okazuje się, że tak naprawdę nie mamy tu do czynienia ze wspólnotą lecz z  przypadkowym zbiorem istot ludzkich, z których każda jest przeraźliwie samotna w swym cierpieniu fizycznym i w swym wewnętrznym odczuciu duchowej pustki. Każdy z tych ludzi jest sam i każdy z nich myśli tylko o sobie. Zdają się nie pamiętać słów Jezusa : "Kochaj bliźniego, jak siebie samego". Ich wiara jest naznaczona egoizmem i zwierzęcym strachem i niewiele ma wspólnego z założeniami pierwotnego Chrześcijaństwa, głoszącego potrzebę obdarzania bezinteresowną miłością wszystkiego, co jest dziełem Boga.
    Nie potrafią zwalczyć w sobie uczucia zazdrości, żywionego w stosunku do cudownie uzdrowionej Christine.
    "Lourdes" to film wybitny. Najlepszy z tych jakie ostatnio widziałem. Wielki film o samotności jednostki ludzkiej i o tym, że nasza wiara, z powodu naszej małości będzie zawsze interesowna i podszyta hipokryzją.  

Dodaj swój komentarz...

Przepisz dwa słowa z obrazka



© 2005-2010 Kinoskop.plWięcej w Kinoskop.pl: Filmy | Ludzie filmu | Redakcja | Polityka prywatności | Kontakt
Repertuar kin: Warszawa, Łódź, Kraków, Wrocław, Poznań, Gdańsk, Więcej...