W ostrym, bezlitosnym słońcu samotny wędrowiec przemierza to, co niegdyś, przed wielkim „rozbłyskiem” było Stanami Zjednoczonymi. Wyrastające znikąd na pustyni złamane szkielety wiaduktów, drogi-widma po których od lat nie jechał samochód, las uschłych drzew. Tu człowiek naprawdę jest człowiekowi wilkiem, wartość ma to czego można użyć lub co można zjeść, a dla dobra tak ekskluzywnego jak butelka szamponu można zabić. Książki– relikty minionych dni – to śmieci... oprócz jednej.
Film braci Hughes zaczyna się naprawdę intrygująco, wyprane z kolorów kadry, brutalna walka o przetrwanie w nieprzyjaznym środowisku i bezimienny, ale za to twardy jak skała i piekielnie skuteczny w walce bohater... nieźle. Po chwili uczucie zaciekawienia ustępuje przeświadczeniu, że to już gdzieś było, że znamy tę historię od początku do końca – samotny wędrowiec, od lat błąkając się po drogach i bezdrożach, realizuje misję otrzymaną od tajemniczego głosu podczas mistycznego objawienia. Okoliczności i różnica celów zmusza go do konfrontacji z hordą łamignatów pod wodzą geniusza zła z twarzą Gary’ego Oldmana. Carnegie bowiem zainteresowany jest posiadaniem nie byle tomiszcza – w grę wchodzi właśnie TA książka, którą tytułowy Eli niesie i za której wskazówkami podąża. Reszty nietrudno się domyślić.
Oglądając ten film czuć powiew niezdecydowania, pewnego braku koncepcji. Ani to produkt dla niewymagającego widza – klasyczna jatka w kostiumie „Mad Maxa”, z Denzelem-twardzielem broniącym przekonań i pięknej kobiety, ani film mający poważniejsze nieco pretensje do pokazania świata złamanego, w którym wiara w ludzkość, zasady, moralność może zostać ocalona i przywrócona. W Księdze Ocalenia, wyszło coś pomiędzy. Zostały zatem świetnie sfilmowane sceny walki, połączone z pseudoreligijnym patosem, kapitalnie stworzona przestrzeń i dziecinnie banalne gesty bohaterów.
Tak naprawdę historia trzyma się na słowo honoru, a punkty zwrotne scenariusza rozmieszczono chyba z linijką w ręku, bo naprawdę nic w „Księdze...” nie ma szans widza zaskoczyć. Postapokaliptyczna wizja ostatniego sprawiedliwego, który niesie z sobą (a właściwie w plecaku) mądrość ludzkości staje się miksem motywów i pomysłów które widzowie znają już od filmów Sergio Leone do „Smażonych zielonych pomidorów” – w imię starej zasady, że widz lubi to co już zna.
Najmocniejszym punktem filmu są z całą pewnością zdjęcia – świetne kompozycje fotograficzne zrealizowane w znacznie zredukowanym nasyceniu kolorów i mocnym zaakcentowaniu czerni i cieni. Jest w tym sposobie filmowania pewna niesamowitość, coś co buduje atmosferę świata po katastrofie, czyniąc filmową przestrzeń pustą, obcą i przez to wiarygodną dla całej historii. Szkoda, że nawet ten element nie broni widza przed nachalnością efektu finalnego.
Zwracając uwagę na kreacje aktorskie warto przyjrzeć się uważnie aktorom drugiego planu – pojawiają się tu bowiem nie lada smaczki. A to zza lady wyskoczy Tom Waits jako złota rączka z handlowo-łotrzykowskim zacięciem, a to znany z roli Tytusa Pullo w serialu „Rzym” Ray Stevenson, okaże się prawą ręką Carnegiego. Jednak jeżeli chodzi o protagonistów, ani religijny desperado-Eli, ani jego adwersarz nie zwalają z nóg. Gary Oldman jako Carnegie zachowuje się jakby ciągle tkwił w roli z „Piątego Elementu”. Washington, mimo sporej krzepy i umiejętnie zadawanej przemocy, przyjmuje raczej cierpiętniczo-mnisią postawę – kontynuuje pielgrzymowanie przekonując wciąż siebie samego, że jego misja jest najważniejsza. Sądzę, że znacznie trudniej przekonać o tym widzów.



Liban
Beats of Freedom - Zew wolności
Alicja w Krainie Czarów
Agora
Różyczka
Mi się podoba to, że niewierzący znajdą coś dla siebie i wierzący jak najbardziej też.
Eli to albo nawiedzony szaleniec, albo niemalże postapokaliptyczny...ee... apostoł...? Co kto woli. I to i tamto da się wesprzeć argumentami. Nie wiem, może tylko ja tak to odebrałem, ale ta dowolność interpretacji poczynań głównego bohatera bardzo mi przypadła go gustu.
Bez rewelacji, ale film dobry, momentami bardzo dobry. Początek faktycznie może urzec...