Gdybyśmy chcieli porównać High School Musical 3: Ostatnią klasę (2008) do musicali sprzed lat, może nie tych ze złotej epoki gatunku, ale chociażby do tych z lat 70. czy 80. („Grease" [1978], „Gorączka sobotniej nocy" [1977], „Sława" [1980]), to film wypada niezwykle blado. Najbardziej dokucza powierzchowność problemów zaprezentowanych przez twórców, a które dotyczą chyba większość młodych ludzi, borykających się z problemem wejścia w dorosłość. Może uderzająca mnie płycizna związana jest z faktem , że ta pełnometrażowa produkcja wyszła ze stajni Disney'a , więc słodyczy i miłości jest aż za dużo. Zdecydowanie nie jest to film dla starszego pokolenia widzów - uderza styl a'la Paris Hilton (trzeba dodać, że wręcz cudownie przedstawiony).
Ale może od początku... Dwie pierwsze część tego filmu ukazały się jako pełnometrażowe propozycje telewizyjne dla najmłodszych w stacji Disney Chanel i stały się przebojami kasowymi (ponad trzydzieści milionów widzów). Nastolatki w Stanach Zjednoczonych i na całym świecie oszalały na punkcie sympatycznych dzieciaków. Odtwórcy głównych ról stawali się z dnia na dzień idolami swego pokolenia. I chyba wytwórnia Disney popełniłaby ogromny błąd, gdyby nie zdecydowała się na nakręcenie wersji kinowej tego przeboju. Tym bardziej, że trzecia część obfituje, w przygotowane z rozmachem sceny przypominające klasyczne musicale, np. Kabaret (1972) czy „Grease".
Jak głosi już sam tytuł, nasi bohaterowie są w ostatniej klasie szkoły średniej, a to oznacza trudny wybór związany ze studiami. Kończy się beztroski etap w ich życiu, muszą podjąć decyzję, która w pewien sposób ukształtuje ich dalsze losy, ale najważniejsze będą musieli rozstać się ze swoimi przyjaciółmi ze szkolnej ławy. Tutaj również wkraczamy w sprawy sercowe - Troy i Gabriella chcą studiować na różnych uczelniach oddalonych od siebie o setki mil. Oczywiście jak nakazuje tradycja amerykańskiego szkolnictwa musi być pożegnalne przedstawienie (w tym przypadku jest to musical) oraz bal. Tu uwidaczniają się Disney'owskie schematy filmowe - jest różowo, słodko, a wszystko utrzymane jest w bajkowej tonacji (nawiązanie do Śpiącej Królewny lub Kopciuszka nieuniknione).
Nie można odmówić filmowi nawiązań do klasycznego schematu samego gatunku czyli musicalu. Piosenki wyśpiewywane przez aktorów może i spowalniają akcję, ale ilustrują ich dylematy i przemyślenia płynące prosto z serca. Precyzyjnie zaplanowane sceny zbiorowe (pełne rozmachu i kolorytu) ubarwiają niezwykle cały film. Maja ulubiona to ta, w której Sharpay wraz z Ryan'em wyśpiewują widzianą, swoimi oczami przyszłość (choreografia i scenografią robią wielkie wrażenie)
W jednej kwestii muszę zgodzić się z reżyserem filmu. Musicale, o których tutaj też wspominałam były kierowane przede wszystkim do młodych ludzi i o nich opowiadały (chociażby „Grease" czy „Sława"). Tak jest również w tym przypadku, tylko chyba my, widzowie troszkę zestarzeliśmy się i świat zaprezentowany w „High..." jest dla nas obcy. Z musicalami jest niestety tak, że po płodnych latach 50. i 60. oraz marnych latach 80. i 90., gatunek ten, co jakiś czas przeżywa renesans (należy wspomnieć "Chicago" [2002] czy Dreamgirls [2006]). Cieszę się, że twórcy postanowili wskrzesić musical również w wersji dla najmłodszych, ale pozostanę wierna obrazom sprzed lat.



mam pełno rzeczy z filmu"high school musical.jestem najlepszą fanką tego filmu.
film boski:)
super film i tyle:)
ty jesteś żałosny i beznadziejny