Jeśli niepisanym zadaniem kina jest przenoszenie widza wprost do innego, lepszego świata, to najnowszy film Mike'a Leigh wywiązuje się z tego zobowiązania wzorowo. „Happy-go-lucky" mówi o beztroskiej radości i prostej potrzebie szczęścia w życiu.
Mike Leigh jest jednym z najbardziej rozpoznawalnych angielskich reżyserów silnie związanych z tradycją kina społecznego. Od czasu wielokrotnie nagradzanych Sekretów i kłamstw (1995) premiery jego kolejnych filmów są wydarzeniami, na które z niecierpliwością czekają widzowie. Metodą twórczą reżysera jest przede wszystkim szeroko rozumiany realizm. Leigh spogląda trzeźwo na swoich bohaterów. Empatyczne zrozumienie i znajomość realiów życiowych klasy średniej przeciętnych Anglików pozwala na specyficzną wiwisekcję prezentowanego świata. Leigh obficie dzieli się z widzem wiedzą na temat swoich bohaterów. Unika koloryzowania, dzięki czemu na ekranie "spotykamy" postaci autentyczne, które prawdziwie przeżywają zarówno swoje niepowodzenia jak i radości. Bohater jest zawsze najważniejszy, bo to jego oczyma widz ogląda świat.
Jednak „Happy-go-lucky" stoi w pewnej opozycji do wszystkiego, czym Leigh dotychczas częstował widzów. Tym razem reżyser zdecydował się porzucić- charakterystyczny jak dotąd- ponury sposób postrzegania rzeczywistości. Zupełnie jakby nieoczekiwanie sam dał się uwieść zaraźliwemu optymizmowi bohaterki swojego filmu. Tak więc ogniskową opowieści jest już wspomniana radosna nauczycielka Poppy (Sally Hawkins). Dziwacznie energetyczna bohaterka, emanująca irracjonalnym wręcz optymizmem jest główną siłą napędową filmu. Po tym jak ulubiony rower Poppy pada ofiarą kradzieży bohaterka postanawia ukończyć zarzucony niegdyś kurs prawa jazdy. Jej nauczycielem zostaje chmurny i nieprzystępny Scott, który jak nikt inny na świecie wierzy w misje bycia instruktorem jazdy. Poza wyzwaniami motoryzacyjnymi beztroska Poppy nie zważając na nic trwoni czas na tysiące drobiazgów, które czynią życie przyjemnym.
Jak zwykle u Leigh, także w „Happy-go-lucky" humor podszyty jest pewnym tragizmem, jakim naznaczony jest każdy z bohaterów. Jednak zarówno w kreacji postaci jak i świata przedstawionego Leigh zdaje się całkowicie podzielać usposobienie ekranowej Poppy. Stan beztroskiego zachwytu nad światem odzwierciedla w tym przypadku „filozofię twórczą" Leigh.
Happy-go-lucky jest jednym z tych filmów, którym bezwiednie ulegamy już od pierwszego ujęcia. To kino, które jak nic innego opiewa codzienność, odnajdując bezgraniczną przyjemność w każdym uchwyconym na taśmie momencie. Mike Leigh z cierpliwością wytrawnego kolekcjonera gromadzi wszystkie niepozorne drobiazgi i skrawki zwykłych dni w ten sposób rozwijając swoją opowieść. Najnowszy film reżysera dowodzi, że kinu nie potrzebne są wielkie tematy, bo nawet o najzwyklejszych i najskromniejszych rzeczach można opowiedzieć ciekawie i z humorem.
„Happy-go-lucky" spodoba się wszystkim, którzy przepadają za kolorowymi ubraniami, angielskim humorem i skokami na trampolinie. To historia dla zrozpaczonych meteopatów, którzy desperacko szukają w kinie słońca. Zwłaszcza teraz, gdy za oknem pogoda uparcie serwuje nam to samo, co każdego roku o tej porze.



Dodaj swój komentarz...