„Granice miłości" to długo oczekiwany reżyserski debiut scenarzysty Guillermo Arriagi. Owoc pracy genialnego pióra meksykańskiej kinematografii rozczarowuje powtarzalnością i brakiem pomysłu. Co gorsza stawia znak zapytania przy celebrowanym przez krytyków pionierskim charakterze wcześniejszych dokonań twórcy. Przyglądając się z perspektywy najnowszego filmu jawnej wtórności metody Arriagi odkrywamy jak łatwo daliśmy się ponieść fałszywemu profetyzmowi jego dzieł.
Kiedy w 2005 roku na ekranach pojawił się film Tommiego Lee Jonesa Trzy pogrzeby Melquiadesa estrady podniosło się wiele głosów o tym jak bardzo scenariusz Arriagi przypominał te pisane dla Alejandro Gonzalesa Iñarritu. Zbieżność twórczych, a przede wszystkim narracyjnych rozwiązań wcale nie była przypadkowa. Jak pokazuje najnowsze przedsięwzięcie Guillermo Arriagi scenarzysta i reżyser wciąż konsekwentnie podąża obraną przed laty drogą. I być może nie byłoby w tym wcale nic dziwnego, ani tym bardziej godnego potępienia wszak wszyscy podziwiamy artystów, którzy ogrom wysiłków twórczych angażują w rozwijanie dzieła życia. „Granice miłości" natomiast - co budzi już wyraźny sprzeciw każdego myślącego widza- nie dosyć, że w bardzo wątłym wymiarze wzbogacają metodę wypracowaną w poprzednich filmach pióra Arriagi, to treściowo wnoszą niestety niewiele.
Narracyjna strategia „Granic miłości", co nikogo zapewne nie zdziwi, opiera się na zestawieniu ze sobą trzech przeplatających się wątków. Sylvia (Charlize Theron) poza swoją menadżerską pracą w ekskluzywnej restauracji angażuje się w równie przypadkowe co przelotne związki z mężczyznami. Gina (godna uwagi rola Kim Basinger) - matka trójki dzieci prowadzi podwójne życie, pod nieobecność męża uciekając do przyczepy, w której czeka na nią kochanek. Po śmierci matki Marianne zaczyna się spotykać z Santiago, z którym łączy ją fakt, że chłopak w podobnych okolicznościach jak ona stracił ojca. Historie trzech kobiet bardzo szybko odkryją jak wiele mają ze sobą wspólnego.
Wraz z upływem czasu, a zwłaszcza po obejrzeniu „Granic miłości", dochodzimy do wniosku, że charakterystyczna dla Arriagi narracja służy jedynie nadaniu ciekawej formy męczącej i monotonnej fabule. Najbardziej irytujące jest jednak przeświadczenie o dużej wtórności metody twórczej scenarzysty. Bowiem każdy, kto kiedykolwiek choć raz zetknął się z jakimkolwiek filmem pióra Guillermo Arriagi bez trudu dostrzeże i wskaże niezawodny schemat wedle którego meksykański twórca od lat konstruuje swoje filmy. Fabuła zawsze opiera się na trzech głównych wątkach, poświęconych bohaterom, którzy pomimo że żyją odległych od siebie częściach świata mają ze sobą zadziwiająco wiele wspólnego. Opowiadane równolegle historie ujawniają zbieżne mechanizmy ludzkiego postępowania, podobne dylematy i problemy. Fabułę zgrabnie ubraną w formę moralitetu wieńczy apoteoza gloryfikująca resztki człowieczeństwa, które pomimo nieprzychylnego środowiska zdołali zachować w sobie bohaterowie. Niezawodna jak dotąd strategia twórcza Arriagi w najnowszym filmie zdradziła swoją czysto rzemieślniczą proweniencję, stając się przyczynkiem pseudo artystycznego, wydumanego dyskursu o winie, żałobie i potrzebie odkupienia.
Zagadka pogmatwanej narracji Granic miłości okazuje się zbyt łatwo rozstrzygalna. Gdyby film był debiutancką realizacją Guillermo Arriagi zapewne okrzyknęlibyśmy go największym odkryciem meksykańskiego filmu - co z resztą nie tak dawno powiedziano o „Amorres perros" Iñarritu. Tymczasem, doskonale znając dorobek twórczy meksykańskiego scenarzysty „Granicom miłości" możemy przypisać jedynie wtórność, monotonię i, co boli chyba najbardziej, brak pomysłu.



Dodaj swój komentarz...