Spotkanie ludzi z obcą cywilizacją przyjmowało w kinie najróżniejsze postacie: od wiązanej z kontaktem nadziei („Bliskie spotkania trzeciego stopnia", 1977), poprzez niepewność (Dzień, w którym zatrzymała się Ziemia, 2008), aż do jawnej obawy („Obcy - 8 pasażer Nostromo", 1979). „Dystrykt 9" (2009) Neilla Blomkampa obiera zupełnie inny kierunek.
Pewnego dnia zawisa nad Ziemią UFO. Stanowi to pewien problem, gdyż... nikt z tego obiektu nie wysiada. Po trzech tygodniach władze podejmują decyzję o przewierceniu ściany statku i wkroczeniu na pokład. Trafiają tam na obcą rasę lecz... zastają ją w w fatalnej formie. Znalezione osobniki są w koszmarnej kondycji, niedożywione, do tego przebywające w brudzie i bałaganie. Sceny te zrealizowane zostały w stylistyce telewizyjnych wiadomości: u dołu ekranu na pasku podawane są gorące newsy, a wyraźnie przejęty prezenter mówi niepewnym głosem. Obrazy zrealizowane według tej konwencji przeplatane są wypowiedziami ekspertów, którzy dają intelektualne „alibi" dla ukazanego w filmie niecodziennego zdarzenia. Wszystko to składa się na silne wrażenie, jakby lądowanie na Ziemi kosmitów rzeczywiście miało miejsce.
Misterne budowanie realizmu kontynuowane jest również w dalszej części filmu Blomkampa. Po dwudziestu latach, w miejscu, które zamieszkali obcy, znajduje się jeden wielki śmietnik. Na mocy tytułowego dystryktu kosmici mają zostać przesiedleni - zajmą wybudowany dla nich rezerwat. Swoistą eksmisją kieruje Wikus (Sharlto Copley), zwracający się bezpośrednio do kamery. Relacjonuje on przebieg operacji, miejscami stara się rozbawić oglądającego, czasem rzuca jakąś ciekawostkę o sobie. Proces przesiedlenia, za sprawą biorącego w niej udziału wojska, przebiega względnie gładko. Przynajmniej do momentu, w którym Wikusowi nie przydarzy się wypadek, który będzie miał zaskakujące konsekwencje...
W Dystrykcie 9 trudno znaleźć coś nowego, czego byśmy w kinie jeszcze nie widzieli. Początek swą paradokumentalną estetyką przywodzi na myśl takie produkcje jak „Blair Witch Projekt" (1999) czy „[Rec]" (2007). Efektowny finał to skrzyżowanie „Iron Mana" (2008) z „Transformersami" (2007), a pomysł na to, by kosmici egzystowali na Ziemi wraz z ludźmi, to zrealizowany na poważnie zamysł „Facetów w czerni" (1997). Niemniej ciągle ma on spory potencjał. Obca rasa nie jest dla człowieka ani wrogiem, ani przyjacielem. To raczej kolejny problem, który trzeba jakoś rozwiązać, co zresztą nie idzie ludziom najlepiej. Kosmici nie pracują, za to chętnie kradną - nie rozumieją bowiem pojęcia „własność prywatna". Pozostają odpowiednikiem, żyjącej na granicy ubóstwa, najniższej klasy społecznej. Krótko mówiąc: są mocno kłopotliwi. A podobne problemy, o czym niezwykle sugestywnie opowiadali niedawno „Elitarni" (2007), najłatwiej rozwiązywać siłą.
Naiwność posłanego na miejsce naukowca kontrastuje z wyrachowaniem jego podwładnych. Wikus z idealistycznym błyskiem w oku uprzejmie tłumaczy obcym co to jest eksmisja. Dowodzący operacją natomiast nie cofną się przed torturami, ryzykownymi eksperymentami czy wręcz poświęceniem jednostki dla dobra (rzeczywiście dobra?) ogółu. W „Dystrykcie 9" odbijają się zatem problemy współczesności, choć należy zaznaczyć, że straciły one nieco swoją aktualność. Ponadczasowe pozostają natomiast typowo ludzkie cechy, wyraźniej dostrzegalne, gdy znajdziemy się w niebezpieczeństwie. Oto grupka Nigeryjczyków wykorzystuje sytuację, by ugrać coś dla siebie. Nieważne, że broń, którą podstępem zdobywają, na nic im się nie przyda, gdyż korzystać z niej mogą wyłącznie posiadający inne DNA kosmici. Niewiele lepiej zachowują się zwykli ludzie, trzymający się od obcych jak najdalej. Stawiają oni znaki, na których piszą „obcym wstęp wzbroniony" - co symbolizuje lęk przed Innym. Innym, czyli takim, którego nie rozumiemy.
Powstały pod okiem Petera Jacksona „Dystrykt 9" niezwykle umiejętnie łączy ambitne treści z efektowną formą. To obraz intrygujący, angażujący, precyzyjnie operujący niedopowiedzeniem, skłaniający do myślenia. Czyli rzadkość, jeśli wziąć pod uwagę schematyczność współczesnego kina gatunkowego. Oprócz tego bogaty w perfekcyjnie zrealizowane sceny akcji: porywające strzelaniny, dynamiczne pościgi i wbijające w fotel eksplozje. Akurat na tym filmie o obcych żaden fan sci-fi nie poczuje się obco.




Mam wrażenie, że to pierwsza część większej całości. Następna za trzy lata.
Gdyby ktoś zapytał mnie „o czym to właściwie jest?”, byłbym w kłopotach, ponieważ „Dystrykt 9” w jednym zdaniu można opisać jako „historię o lądowaniu kosmitów na Ziemi, z wieloma wątkami związanymi ze zderzeniem dwóch kultur”. W tym momencie do głowy zapewne przychodzi co najmniej tuzin filmów reprezentujących stereotypowe rozwiązania, ale w różnym wydaniu („Dzień, w którym zatrzymała się Ziemia” czy chociażby „Transformers”, ale także „Bliskie spotkania trzeciego stopnia” oraz „Dzień Niepodległości”), które w gruncie rzeczy mają się nijak do opisywanego przeze mnie dzieła, wyprodukowanego przez Petera Jacksona. Świadomie używam terminu „dzieło”, ponieważ film bezlitośnie łamie stereotypy. Czyni dokładnie to, czego było potrzeba skostniałemu nieco gatunkowi, i czego było potrzeba mnie.
Kosmici, określani przez złośliwych jako „krewetki”, przylatują swoim ogromnym statkiem na naszą planetę. Nie, nie lądują w Stanach. Nie – nie mówią po angielsku. W gruncie rzeczy w ogóle nie są zainteresowani nawiązywaniem kontaktu. Gigantyczny statek lewituje nad Johanesburgiem w Republice Południowej Afryki. To ludzie pierwsi przełamują lody. Jak to mawia dzisiejsza młodzież: „robią kosmitom wjazd na chatę”. Obcy posiadają zaawansowaną technologię, ale cel ich wizyty jest niejasny. Nie stanowią zagrożenia, ponieważ nie są agresywni, sprawiają raczej wrażenie chorych uciekinierów, ale jak jest naprawdę – tego nie wiadomo. Wspaniałomyślni i pełni miłosierdzia ludzie osadzają przybyszów w prowizorycznym osiedlu, tytułowym Dystrykcie 9, które bardzo szybko zmienia się w getto pełne “krewetek” mnożących się poza kontrolą, grzebiących w śmieciach i handlujących z lokalnymi cwaniaczkami. Sytuacja zmienia się w ciągu 20 lat, wszakże nawet kosmitom przestają się podobać warunki w jakich bytują. To, co robią z tym ludzie jest punktem wyjścia dla fabuły filmu.
W „Dystrykcie 9” zachwyca przede wszystkim scenariusz. Głównym bohaterem obrazu jest Wickus, nieco ciamajdowaty urzędas, mianowany na szefa wielkiej akcji przesiedleńczej (dokładnie – nie jakiś super komandos albo jajogłowy w białym kitlu). Jego zadaniem jest przeniesienie wszystkich kosmitów do nowej lokacji, jedynie 200 kilometrów od Johanesburga. Ludzie różnych wyznań i kolorów skóry, wydają się być zjednoczeni przeciw nieproszonym gościom. W powietrzu czuć zbliżające się kłopoty. Prywatna krucjata Wickusa pokaże nam wszystkie niuanse związane z relacjami dwóch zupełnie różnych, a jednak podobnych gatunków (pierwsza połowa filmu ma formę paradokumentu). Czeka nas wiele niespodzianek, a co najważniejsze – w zasadzie jest to produkcja bardziej o ludziach niż o kosmitach, o których zbyt wiele nie wiadomo.
Efekty specjalne również stoją na doskonałym poziomie – wszystkie są idealnie wklejone w fabułę, a przede wszystkim nie „narzucają się”, więc film nie jest jedynie kolejną efekciarską bajką. O muzyce nie mogę wiele powiedzieć – dobrze się wkomponowała, ale brakuje charakterystycznych motywów zapadających w pamięć. Spodziewałem się lekkiej komedii, ale w rzeczywistości „Dystrykt 9” okazał się studium ludzkich zachowań, choć w zupełnie odmiennej wersji niż chociażby ta zaprezentowana w całkiem przyzwoitej „Wojnie światów”. „Krewetki” naprawdę myślą i zachowują się inaczej niż ludzie, co łatwo jest czasem powiedzieć, a trudniej pokazać w filmie. Twórcom udało się to doskonale dzięki prostym oraz bardziej wyszukanym zabiegom.
Wrażliwszych widzów wypada ostrzec przed niektórymi krwawymi scenami – „krewetki” maja krzepę, a ich broń, chociaż nieużywana masowo, robi wrażenie (kosmici są w stanie używać chociażby kałasza, jeśli zajdzie potrzeba). W filmie pada sporo trupów po obu stronach, w różnych okolicznościach, ale na pewno nie jest to produkcja o genocydzie albo inwazji obcego gatunku. Osobiście nie żałowałem żadnego zabitego człowieka.
„Dystrykt 9” koniecznie trzeba zobaczyć. Zastanawiam się jaką formę akcji promocyjnej wybierze Polska. W Irlandii był to skromny znak przed kinem (film tylko dla ludzi!) i taki minimalizm spisał się doskonale
NIE JEST TO MOJA RECENZJA FILM BYŁ WSPANIAŁY!!!