Nie wszystko złoto, co się świeci. - ta ludowa mądrość doskonale oddaje istotę ostatniego filmu Briana De Palmy - Czarnej Dalii (2006), przypominając, że dobre kino rodzi się z harmonijnej syntezy różnych czynników, a nie z wyeksponowania jednego z nich, niezależnie od tego, jak bardzo by na to zasługiwał. Tym bardziej, że De Palma zdaje się wierzyć, że nadmiar dobrego w jednej materii zdoła zakamuflować niedostatki (tutaj - po prostu braki) kilku innych, kluczowych dla filmu poziomów.
"Czarna Dalia", powieść Jamesa Ellroy'a, której za pretekst posłużyła historia brutalnego morderstwa początkującej amerykańskiej aktorki, była wymarzonym materiałem dla znanego z upodobania do mrocznych tematów gangsterskich i amerykańskiej estetyki pierwszej połowy XX wieku De Palmy. Marzenia mają jednak to do siebie, że spełnione tracą blask. Nie inaczej stało się w przypadku "Czarnej Dalii", która z marzenia o Ameryce lat czterdziestych, o hołdzie dla kina czarnego i trzymającej w napięciu opowieści przerodziła się w skrajnie niespójną opowiastkę o dwóch amerykańskich policjantach i ciemnej stronie Hollywood.
De Palma do epoki dawnego Hollywoodu próbuje nawiązywać nie tylko tematem, ale głównie formalnymi i stylistycznymi odwołaniami do filmu noir. Prowadzona z offu narracja pierwszoosobowa, sugerująca retrospektywny charakter opowiadanej historii, bardzo silnie stylizowana gra aktorska, ale przede wszystkim fabuła i zdjęcia odsyłają widza do określonej przestrzeni filmowej, choć w przypadku dwóch ostatnich - na zupełnie innych poziomach.
Fabuła filmu De Palmy jest jak MacGuffin. To niezamierzone nawiązanie do Hitchcocka oddaje nie tyle specyfikę fabuły, co bezskuteczne usiłowania zdezorientowanego widza, poszukującego jakiejkolwiek spójności w plątaninie wątków i oderwanych od siebie znaczeniowo sekwencji, nieudolnie łączonych pretensjonalnym komentarzem zza kadru. Snuta przez De Palmę opowieść ewoluuje od sensacyjnej historii z romansem w tle do onirycznej makabreski w stylu Davida Lyncha. Afabularność "Czarnej Dalii" nie jest jednak starannie zakomponowaną, hipnotyzującą widza strukturą narracyjną jak "Mulholland Drive" (2001), a jedynie konsekwencją niemożności zapanowania nad filmowym materiałem.
To, nad czym niewątpliwie udało się zapanować twórcom "Czarnej Dalii" i co stanowi największy (jeśli nie jedyny) walor filmu De Palmy to niezwykłej urody warstwa wizualna filmu, na którą składają się zdjęcia autorstwa Vilmosa Zsigmonda i scenografia Dante Ferrettiego. Czerń, brązy i sepia w zamkniętych przestrzeniach; w plenerze zaś - zieleń, błękity i malowane światłem kontrasty, ponadto wyrazisty kontur wtopionych w kadr postaci wskrzeszają klimat Ameryki lat czterdziestych. Zatrzymane, czasem wręcz przetrzymane w unieruchomieniu sceny nawiązujące do prac amerykańskiego malarza Edwarda Hoppera nie są jednak w stanie przysłonić mizerii scenariusza i fabularnego chaosu "Czarnej Dalii".
Czy dzieło Briana De Palmy jest czymś więcej niż tylko kalejdoskopem wysmakowanych kadrów? Może dowodem wiary w obraz? Podobno wiara czyni cuda, ale sama wiara to za mało, by zestaw pięknych obrazów nazwać dobrym filmem.
Tekst ukazał się w piśmie "Splot"






Moon
Czeski błąd
Salt
Ja, Don Giovanni
Tetro
To zlepki niedoszłego serialu TV.