Trudno jest, zwłaszcza debiutującemu w fabule reżyserowi, udźwignąć ciężar filmu o legendzie muzycznej, jaką niewątpliwie był Ian Curtis, frontman i wokalista post-punkowej grupy Joy Division. Filmy o kultowych muzykach stworzyły swoistą dla siebie konwencje, wydaje się jednak, że mającemu już spore doświadczenie przy produkcji obrazów muzycznych Antonowi Corbijnowi (m.in. fotografie i teledyski dla takich artystów jak Depeche Mode, U2, czy nawet nakręcony już po rozpadzie Joy Division teledysk do piosenki Atmosphere), udało się uniknąć zamknięcia w tym schemacie, o czym może świadczyć specjalne wyróżnienie na festiwalu w Cannes za debiut.
Tytuł filmu zaczerpnięty jest z jednej z piosenek Joy Division - She's Lost Control, która odnosi się do chorej na epilepsje dziewczyny, którą Curtis poznał w ośrodku pomocy społecznej, gdzie pracował, która zmarła w czasie jednego z ataków (sceny te zresztą ukazane są w filmie), inspirując tytuł piosenki i filmu (sam Curtis też był epileptykiem).
Scenariusz do filmu powstał na podstawie książki - Touching From a Distance, napisanej przez wdowę po Curtisie - Deborah, która także jest współ-producentką filmu, co mocno rzutuje na cały wydźwięk filmu. Oprócz scen typowych dla filmów muzycznych - dochodzenie do popularności, koncerty, nałogi, itp., bardzo uwydatnione zostały specyficzne relacje Curtis - żona - kochanka (zwłaszcza, wynikający z zawodu miłosnego, dramat żony). Sam Curtis przedstawiony jest z jednej strony jako niedojrzały emocjonalnie, recytujący wiersze Wordswortha, zagubiony chłopak, który jednak z czasem dojrzewa i potrafi się przyznać do błędów młodości. Z drugiej zaś strony jego miłość zarówno do żony i dziecka, jak i do kochanki przedstawione są wyjątkowo autentycznie. Pomimo, iż zachowuje się on często irracjonalnie, żeby nie powiedzieć głupio, to jesteśmy mu w stanie uwierzyć, że kochał zarówno Deborah jak i Annik. I to właśnie ta miłość jest tu siłą destrukcyjną, która popycha Curtisa do samobójstwa - Love will Tear us Apart (miłość nas rozdzieli) - jak brzmi tytuł, najbardziej chyba popularnej, piosenki Joy Division. Czary goryczy dopełniła frustracja jego epilepsją, emanujący z niego nihilizm, bezradność przy ratowaniu małżeństwa oraz nieumiejętność sprostania coraz większej popularności.
Na szczególną uwagę zasługuje debiutujący aktor - Sam Riley, odtwórca postaci Iana Curtisa. W sposób niezwykle swobodny potrafi przechodzić od postaci neurotycznego, zamkniętego na cały świat buntownika, poprzez wrażliwego męża czy kochanka, do żywiołowej postaci scenicznej. Bardzo fajna była też postać Roba Grattona menadżera zespołu, granego przez Tony'ego Kebbella, która stanowiła komediową odskocznie od podniosłego i poważnego charakteru filmu.
Całość wykonana jest przy pomocy niezwykle realistycznych, surowych, fotograficznie precyzyjnych czarno-białych zdjęć (na największą uwagę zasługują sceny koncertowe), podkreślających przygnębiający i mroczny charakter muzyki Joy Division i nie jest to tylko wydumany zabieg mający podkreślić walory artystyczne filmu, jak to często bywa. Ogląda się to miło i przyjemnie, lecz ja jednak miałem silne wrażenie wtórności szczególnie jeśli się widziało - "24 Hour Party People", MichaelaWinterbottoma, w którym był duży wątek o Curtisie i Joy Division. Niekoniecznie natomiast trzeba być fanem tej grupy, aby znaleźć w tym filmie coś dla siebie, generalnie jest to dobrze zrealizowane kino muzyczne, bez szczególnych fajerwerków, ale za to o bardzo specyficznej atmosferze.







Dodaj swój komentarz...