„Najważniejsze, co chciałem przekazać tym filmem jest to, że żaden z nas nie może tak naprawdę posiadać ziemi, drugiego człowieka, czy dziecka - miłość uświadamia nam, że trzeba się o nie troszczyć. A to, co posiadamy, to historia naszego życia." Tak podsumowuje swój film reżyser - Baz Luhrmann. A czym jest "Australia" (2008) według widza? To melodramatyczna podróż do najdzikszych zakątków tytułowego kraju, gdzie miłość i nieszczęście, radość i łzy przeplatają się, tworząc niezwykłą historię o walce o marzenia i rodzącą się rodzinę. A to wszystko okraszone cudownymi zdjęciami plenerów nieskalanej przez rękę człowieka krainy.
Akcja filmu skupiona jest głównie na postaci Lady Ashley - młodej Angielki, która postanawia dołączyć do męża zarządzającego ranczem Faraday Downs w północnej części Australii. Jednak po przyjeździe spotykają ją same nieszczęścia - mąż zostaje śmiertelnie ugodzony dzidą przez Aborygenów (tak się początkowo wszystkim wydaje), później okazuje się, że ich majątek pragnie wykupić handlarz bydła, niejaki King Carney. Jedynym rozsądnym rozwiązaniem jakie proponuje jej przesiąknięty alkoholem księgowy to spęd bydła i sprzedaż zwierząt wojsku stacjonującemu w mieście Darwin. Za uzyskane w ten sposób pieniądze będzie mogła wrócić spokojnie do ukochanej Anglii. Teoretycznie zadanie proste, ale potrzebni są do tego wyszkoleni ludzie. Dodatkowo pod opiekę Lady Ashley trafia mały chłopiec - Nullah, którego matka pracowała na ranczo. „Kundelek" - tak nazywają pół-aborygeńskie dzieci arystokratyczni i dobrze wychowani Anglicy stacjonujący w Australii, którzy prowadzą misję szerzenia chrześcijańskiej wiary dla rdzennych mieszkańców tych terenów. Chłopiec ten odmieni monotonne i ułożone życie Lady Ashley. W realizacji niemożliwego wręcz zadania spędzenia bydła przez pustynne tereny dziewiczej krainy, pomagają Angielce mieszkańcy rancza oraz Poganiacz.
Oglądając Australię ma się nieodparte wrażenie, że podobne kadry filmowe już kiedyś widzieliśmy. Reżyser korzysta bowiem ze schematów melodramatycznych opowieści, nawiązujących konwencją do „Angielskiego Pacjenta" (1996), Pożegnania z Afryką (1985) czy „Casablanca" (1942). Momentami jednak całość przedstawia się dość naiwnie i ckliwie. Luhrmann chciał, aby jego film dołączył do kanonu melodramatycznych perełek, jednak obrazowi do ideału wiele niestety brakuje. Stał się on pewnego rodzaju hybrydą, zawierającą zarówno wątek miłosny (nawiązanie do melodramatu), zahacza o problemy rdzennych mieszkańców Australii i kolonizatorów (polityczny aspekt), a to wszystko ukazane jest na tle działań wojennych związanych z II wojną światową. Reżyser chcąc „odkurzyć" klasyczny gatunek filmowy, popełnił diametralny błąd, w jednym filmie zapragnął zawrzeć wątki, mogące być doskonałym materiałem na kilka odrębnych obrazów filmowych.
Oczywiście nie można zarzucić twórcom, że stworzyli film przeciętny - to swego rodzaju monument, który bardzo miło się ogląda. Przyznam się, że należę do fanek działalności Baza Luhmann, chociaż nie jest ona zbyt obszerna. Jego dorobek to zaledwie dwa filmy: „Romeo i Julia" (1996) z Leonardo Di Caprio i Claire Danes, uwspółcześniona wersja o miłości dwóch kochanków według sztuki Wiliama Szekspira oraz niekonwencjonalny musical „Moulin Rouge" (2001) z Nicole Kidman i Ewanem McGregorem w rolach głównych. Cechą charakterystyczną tych obrazów jest przepych, doskonały dobór kostiumów i scenografii dopieszczonych wręcz do perfekcji, dzięki czemu filmy ogląda się z zapartym tchem. Znaczącym elementem jest także muzyka, współgrająca z obrazem, wypełniająca każdy kadr, decydująca o emocjonalnych odczuciach widza.
Oglądając najnowszy film Luhmanna zastanawiałam się, w których momentach twórcy bawią się gatunkiem, a kiedy działają według schematów wytyczonych przez melodramat (granice te są dla mnie płynne). Może Wam uda się odnaleźć odpowiedź na to pytanie.




Dodaj swój komentarz...