Francois Ozon tym razem o jednej kobiecie. Ale za to jakiej i jak. Szkoda tylko, że pozostajemy po seansie z rozterką jednej z bohaterek - jakie życie Angeli reżyser chciał nam przedstawić? Czy to wyśnione, bajkowe (także dzięki kinowej maszynie czasu), czy może jednak mieliśmy być świadkami dramatu, zaś gra z konwencją melodramatu miałaby być po temu zaledwie pretekstem.
Ta wątpliwość towarzyszy nam od pierwszych kadrów. Widzimy, że świat przedstawiony reprodukowany jest w szczegółach. Uliczki są nie bajkowe, a dosadnie posępne. Szkoła, sklep matki, pomieszczenia domowe w których spędza czas Angela to miejsca szare i posępne, zaś ludzie wokół antypatyczni. Od początku także pokazuje się nam, że główna postać wybiera ścieżki poboczne, nie podąża za grupą. Jedynym zajęciem jakiemu oddaje się z pasją, poświęcając mu każdą wolną chwilę, jest pisanie powieści o Lady Irianie. Zapisawszy kilka grubych tomów z drżeniem serca posyła swe dzieło wydawcy.
Czy zatem kolejna historia o genialnym artyście nie rozumianym przez zgnuśniałe otoczenie, wybijającemu się z przeciętności dzięki swojemu talentowi i wytrwałości? Cóż, co do pierwszego - szybko przekonujemy się, że literatura produkowana przez Angel, tyleż namiętnie, co masowo, to najgorszych lotów romansidła dla kucharek. Jeśli chodzi o wybicie się - to i owszem Angela wzlatuje na popularności swych książek niezwykle wysoko. Stać ją na życie w spełnionym marzeniu. Okazuje się jednak, że ostrzeżenie zawarte w przysłowiu - uważaj o czym marzysz, bo marzenia czasem się spełniają - bywa prorocze. A sam obraz wędruje w kierunku wizualnie rozbujanego pomieszania z poplątaniem.
Wszystko byłoby dobrze, gdyby Ozon poprzestał na przywołaniu produkcji Hollywood z lat 30. i 40., na zabawie w odkurzanie konwencji melodramatu, czerpaniu wzorów z filmów Douglasa Sirka (jak choćby muzyka Philipe'a Rombi inspirowana kompozycjami Franka Skinnera). Można by się nie najgorzej bawić przyglądając się przenikającym jednemu w drugi kadrom, bohaterom "podróżującym" po świecie dzięki nałożonym w tle obrazkom, miłosnym dramatom, rozstaniom, powrotom rodem z "Przeminęło z wiatrem". Nie raziłyby naszych uszu przesadne nieraz dialogi i sceny pocałunku wywołujące deszcz i tęczę jednocześnie. Ale do historii o spełnionym śnie Kopciuszka reżyser dorzucił sporą ilość "przypraw" zupełnie nie pasujących do konwencji melodramatycznego pastiszu.
Podobno Ozon sprawił, że jego filmowa Angela jest dużo sympatyczniejsza niż jej książkowy pierwowzór (książka Elizabeth Taylor z 1957 roku, której bohaterka wzorowana jest na autentycznej postaci Marie Corelli, sławnej w Wielkiej Brytanii autorce romansów z przełomu poprzednich wieków). Z rozkapryszonego i apodyktycznego potwora uczynił postać niemal tragiczną, a przy tym usiłującą przypochlebić się oglądającym. Romola Garai jako Angela ze swoimi zmysłowymi ustami i szeroko otwartymi na świat błękitnymi oczami, jest znakomita. Łączy w sobie egzaltowaną i nieznośną dziewczynę, niespodziewanie łatwo zdobywają zamek marzeń, z kobietą świadomą swego elektryzującego oddziaływania na otoczenie. Plastyczna i przyciągająca uwagę twarz Garai nie wystarczy do zbudowania kreacji na podstawie scenariusza niezdecydowanego scenarzysty i reżysera w jednej osobie. Ozon próbuje zdobywać raz po raz naszą sympatię do bohaterki, jednak zachowujemy wobec niej dystans. Nie wynika on tylko z tego, że pisze ona fatalne książki, czy, że potrafi być w złym guście złośliwa wobec otaczających ją osób, ale przede wszystkim dlatego, że wyczuwamy w tej postaci głęboko zakorzeniony fałsz. Historia jej życia jest wielopoziomową fikcją w gruncie rzeczy kiepskim stylu, brak w niej autentycznie wsysających uwagę rozdziałów. Pozostaje blichtr i sztuczność.
W bajce o Angeli pojawiają się akcenty zgoła nie bajkowe. Jak na rzecz o istocie tworzenia i istnienia sztuki (Sztuki) to refleksje na ten temat są w filmie miałkie i banalne. Próby feminizowania kończą się na niczym, gdyż autor zbyt często kompromituje własną bohaterkę. Zaś przejąć się jej osobistymi tragediami też za bardzo nie możemy, bo wchodząc w świat udawanego melodramatu przyjmujemy jego reguły. Sceny drastyczne zaskakują nas przez chwilę, wrażenia z całości oparte są jednak na emocjonalnie obojętnej, choć przyznajmy zgrabnej, stylizacji. Jak tu się przejąć faktem zdrady dokonanej przez męża, który po prostu był człowiekiem wygodnym, zaś bohaterka stanowiła dla niego źródło dochodów. Nie przejmujemy się, bo dobrze wiemy, że producentka romansów sama go sobie niejako kupiła, aby pasował do kreowanego przez nią idealnego świata.
Świat realny okazał się nie pasować do jej pragnień i wyobrażeń. Pisane w ilościach hurtowych sentymentalne kawałki nie przetrwały próby czasu. Podobnie film Ozona najpewniej szybko wyparuje z pamięci widzów. Bo to rozbuchany wyczyn realizatorski, pozbawiony kluczowej cechy dobrego kina - emocjonalnej zadry.









Dodaj swój komentarz...