Nowy obraz Małgorzaty Szumowskiej skutecznie wytrąca nas z równowagi. Prowokuje, przełamuje tabu, sprzeciwia się konwencjom. A co najważniejsze - sprawia, że ci, którzy zwątpili już w młode polskie kino, teraz mają szansę na nowo w nie uwierzyć.
Film składa się z trzydziestu trzech sekwencji, w których przyglądamy się życiu młodej, świetnie zapowiadającej się artystki, Julii (Julia Jentsch). Kobieta jest córką uznanego dokumentalisty (Andrzej Hudziak) i cenionej autorki kryminałów (Małgorzata Hajewska-Krzysztofik). Jej mąż, Piotr (Maciej Stuhr) jest zdolnym kompozytorem, młodsza siostra, Kaśka (Izabela Kuna) - dziennikarką. W jednej z pierwszych scen widzimy całą rodzinę w komplecie. Jest ciepły, letni wieczór. Wszyscy siedzą na werandzie letniskowego domu, jedzą kolację i rozmawiają, delikatnie się przekomarzając. Chwilę później ten błogi spokój zostaje zburzony. Okazuje się, że właśnie umarł ukochany pies rodziny. Owa nagła, niespodziewana śmierć stanowi swoistą zapowiedź tego, co nastąpi potem. Kilka miesięcy później na raka umiera matka Julii, niedługo po niej nieoczekiwanie odchodzi także jej ojciec.
Śmierć najbliższych zmienia bohaterkę, przewartościowuje jej pogląd na życie i na relacje z innymi ludźmi. To doświadczenie staje się dla niej rytualnym przejściem ze świata bezpiecznego dzieciństwa, gdzie zawsze mogła znaleźć oparcie w rodzicach, do świata dorosłości, w którym będzie już musiała radzić sobie sama. Gwałtowny rozpad dotychczasowego świata rodzi w niej głęboką przemianę, ale przede wszystkim - stawia ją w sytuacji, na którą w ogóle nie była przygotowana, narzuca rolę, w której nie potrafi się odnaleźć. Doskonale przedstawia Szumowska głęboką nieprzystawalność śmierci wobec naszego codziennego życia i wobec tego, co jesteśmy w stanie wytrzymać i zaakceptować. Doświadczenie umierania mieści się poza porządkiem rzeczywistości, w której żyjemy na co dzień. To sprawia, że ból po stracie jest niewyrażalny, a proces żałoby jest tak trudny i niejednoznaczny. Niezwykle przejmujący jest w tym filmie właśnie obraz zagubienia Julii, która przeżywa głębokie cierpienie, a zarazem - próbuje żyć niejako poza nim, usiłuje zachować taki porządek rzeczywistości, jaki rządził jej światem dotychczas. Postawa bohaterki może więc czasem wydać się nam nieco zaskakująca, jej gesty i słowa zdają się często kontrastować z powagą sytuacji, nie odpowiadają konwenansom. Jej zachowanie jest sygnałem dramatycznego buntu wobec śmierci ukochanych osób, wyrazem niezgody na rozgrywającą się tragedię. Jest to też jej sposób na oswojenie tego koszmaru, na pożegnanie się z kolejnym umierającym światem. Postawa Julii uświadamia nam, że przecież nie ma jednego możliwego sposobu doświadczania żałoby, podobnie jak nie ma jednej, najlepszej drogi do wyjścia z cierpienia.
Małgorzata Szumowska odważnie rozprawia się z doświadczeniem śmierci. Odziera je z metafizyki, pozbawia melodramatycznych klisz, do których przyzwyczaiła nas literatura i kino. Śmierć w jej filmie nie jest wzniosła i uroczysta, lecz typowa i prozaiczna, przerażająca i poniżająca. Moment odejścia zdaje się zaś wcale nie uwznioślać naszej egzystencji, lecz przeciwnie - w bezwzględny sposób unieważnia i trywializuje całe nasze życie. Ta opowieść o umieraniu opowiedziana jest za pośrednictwem minimalistycznych środków, w możliwie najniższych emocjonalnych rejestrach. Zbudowanie dystansu umożliwiło reżyserce opowiedzenie historii, która przecież dotyczy wydarzeń z kilku ostatnich lat jej życia (w 2004 roku zmarła jej matka - Dorota Terakowska, miesiąc po niej umarł Maciej Szumowski). Autorka "Szczęśliwego człowieka" w nadzwyczajny sposób prowadzi grę z własną biografią. Czasem zdaje się, że stoi ona za Julią, broni jej niekonwencjonalnych zachowań i daje jej prawo do buntu. Czasem zaś zdaje się nie mieć w ogóle litości dla bohaterów i zamieszkanego przez nich świata, nie znajduje usprawiedliwienia dla śmiesznych odruchów i nieporadnych gestów. Reżyserka wypełnia film scenami z własnego życia, a jednocześnie ucieka od tej historii, nie zamienia jej w osobiste wyznanie, lecz nadaje jej formę uniwersalnej opowieści, której bohaterem mógłby być przecież każdy z nas.
Kolejne etapy coraz mocniejszego zapadania się w ten senny koszmar są wyznaczane przez powtarzające się muzyczne interludium (skomponowane przez znakomitego Pawła Mykietyna), stanowiące swoisty przerywnik w oglądanym przez nas spektaklu śmierci. Emocjonalne zagubienie bohaterki w całym tym koszmarze znakomicie wygrała jedna z najlepszych niemieckich aktorek młodego pokolenia - Julia Jentsch (Edukatorzy). Szczególnie w pamięć zapadają też postacie rodziców, w które wcielili się wybitni aktorzy Krystiana Lupy - Małgorzata Hajewska-Krzysztofik i Andrzej Hudziak. Największym jednak mistrzostwem jest tu wreszcie sama reżyseria Małgorzaty Szumowskiej, znakomicie przekładającej swoje osobiste doświadczenia na sztukę filmową. Która jest jedną z najpiękniejszych możliwych form żałoby, a zarazem - wyrazem głębokiej niezgody na naszą błahą, ludzką śmiertelność.





Zaledwie kilka zabawnych scen (pogrzeby i były ksiądz - takie idiotyczne traktowanie sakramentów – obraz niezłej płycizny inteligencji).
Strata czasu – za rok nikt już o tym filmie nie będzie pamiętał. Polecam raczej „Plac Zbawiciela” – tam jest o czymś, bez tanich chwytów.
Pani Magda Bartczak zakłada, że istnieje "głęboka nieprzystawalność śmierci wobec naszego codziennego życia" i że "ból po stracie jest niewyrażalny". Może. Jednak zdaje się, że umieramy i umierają nasi bliscy. Wielu z nas ma takie doświadcenie (to drugie:-) i nie spodziewamy się, że śmierć "jest wzniosła i uroczysta" - no chyba, że artyści są aż tak infantylni (co mogłoby wiele wyjaśniać w tym filmie). Dlaczego jednak mamy zachwycać się filmem, który w efekcie nie niesie żadnego przesłania dla widza (środowisko ludzi kultury reaguje na śmierć jak rozkapryszone dzieci - większość robotników będzie bardziej dojrzała w jej obliczu).
Do tego Szumowska opisuje podobno coś co sama przeżyła (a pani Magda skwapliwie nas o tym informuje) - postępuje podobnie jak jej bohaterka. Szkoda, że nikt jej nie powstrzymał - życie pisze zwykle kiepskie i niewiarygodne scenariusze...a ich przenoszenie na ekran, podobnie jak kolory na zdjęciach mikroskopowych - jest sztuczne.